Logo Federacji Organizacji Kresowych
Logo Federacji Organizacji Kresowych
                                                                                     
Federacja Organizacji Kresowych
                                                                                     
Strona Główna              o nas              Oświadczenia               Federacja               Archiwum              Kontakt              Strony o kresach
Sprawy Ogólne                 Białoruś                 Litwa                 Ukraina
© Federacja Organizacji Kresowych
siedziba:
Krakowskie Przedmieście 64
00-322 Warszawa


W sercu są Polakami

O sytuacji Polaków na Białorusi z ks. prof. dr. hab. Romanem Dzwonkowskim SAC, kierownikiem Katedry Socjologii Grup Etnicznych Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, rozmawia Adam Kruczek.

Od lat zajmuje się Ksiądz Profesor problematyką mniejszości polskiej na Wschodzie, a ostatnio wrócił Ksiądz z kolejnej wizyty na Białorusi. Czy jest to kraj, w którym - jak wynika z dominującego w naszych mediach przekazu - nie da się żyć?

- Taki obraz jest zupełnie fałszywy, bo większość ludzi na Białorusi jest zadowolona z tego, co ma, i nie narzeka. Pod tym względem jest to kraj mało znany. Ale najpierw coś o zewnętrznym obrazie Białorusi, a dokładniej mówiąc o Kresach Północno-Wschodnich II Rzeczypospolitej, czyli o dawnej Wileńszczyźnie. Dziś leży ona w granicach Litwy i Białorusi - w tym ostatnim kraju należy do obwodu grodzieńskiego, a częściowo do witebskiego i mińskiego. To bardzo piękny, pełen lasów, jezior i zieleni kraj. Drogi są znacznie lepsze niż w Polsce i Białorusini mają pod tym względem poczucie wyższości nad Polakami. To spadek po Związku Sowieckim, ale i obecnie Łukaszenko też bardzo o nie dba. Dawne miasteczka, a właściwie ich rynki i okolice, są pięknie odnawiane, pozakładano wielkie rabaty z kwiatami i jest czysto. To się ludziom podoba. Nie ma tego całego plugastwa, które widać u nas na zamazanych i niszczonych zaraz po odnowieniu przystankach autobusowych i ścianach domów w mieście. Przy drogach przez las można spotkać ładnie urządzone miejsca na odpoczynek z miłym napisem: "ustały putnik, addachni" - zmęczony podróżniku, odpocznij. Są przy nich pompy, można obmyć ręce itp. Spotyka się napisy: "Zachowaj przyrodę dla potomnych" lub "Kochaj ojczystą Białoruś". Widok krajobrazu nie jest zeszpecony, tak jak często u nas, przez wielkie i nachalne reklamy przy drogach. Za Łukaszenki, w ciągu ostatnich 4-5 lat, zewnętrzny wygląd Białorusi znacznie zmienił się na lepsze.

Jaki jest stosunek zwykłych ludzi do prezydenta Łukaszenki?

- Przeważnie pozytywny. Łukaszenko bardzo zręcznie o to dba. Bywa, że jakaś babcia napisze do prezydenta, że nie ma drzewa na opał. Otrzymuje wtedy jego osobistą odpowiedź, a drzewo zostaje natychmiast przywiezione. Prezydent osobiście odpowiada na każdą skargę. Ludziom się to podoba i tworzy jego poz i tak mówi się, że ma poparcie około 60 proc. społeczeństwa. Brak bezrobocia daje ludziom na Białorusi nawet pewne poczucie wyższości w stosunku do sąsiadów Polaków i Ukraińców. Na korzyść prezydenta przemawia to, że ludzie na czas otrzymują emerytury i zarobki, że nie ma przestępczości, o której słyszą, że jest na Ukrainie i w Polsce, nie ma widocznej inflacji i ludzie zaczynają oszczędzać w rublach. W rzeczywistości inflacja istnieje, ale rząd podnosi wypłaty i tworzy wrażenie, że jej nie ma. Podwyżki oczywiście nie wyrównują spadku siły nabywczej pieniądza. Najważniejsze dla ludzi jest to, że mają spokój i stabilizację. Nie ma wojny, jak w Rosji z Czeczenami, niepokojów - jak na Ukrainie, czy gwałtownych starć manifestantów z policją - jak w Polsce, co tamtejsza telewizja z upodobaniem pokazuje. Takich rzeczy prości ludzie bardzo się obawiają i za to, że na Białorusi jest spokój, chwalą Łukaszenkę. Nie oczekują zmian i boją się tego, co stało się na Ukrainie i w Polsce. Nie jestem pewien, czy wiedzą o tym polscy politycy.

Ale sytuacja materialna ludzi nie jest najlepsza.

- Według naszych pojęć, tak. Ale tam ludzie mają pod tym względem nieco inne kryteria. Pensje i renty są niskie, ale są. W utrzymaniu się ważną rolę spełniają ogródki warzywne, a w kołchozach kawałki ziemi obrabiane końmi. Rodziny hodują krowę lub dwie, świnki i jakoś żyją. Ludzie od dawna przyzwyczajeni są do skromnych warunków życia i nie narzekają na nie. Dzieci żyjące w miastach korzystają z tego, co wypracują ich rodzice czy dziadkowie na swoich działkach na wsi i przyjeżdżają tam po produkty wiejskie. Ale to nie będzie długo trwało, bo wieś bardzo szybko wymiera. Łukaszenko chce temu zaradzić przez tzw. agromiasteczka (agrohorodki), to znaczy tworzenie na wsi miejskiej infrastruktury przez doprowadzenie gazu, wody, linii telefonicznych i budowę lepszych dróg. Takie roboty już są prowadzone. Budowane są niewielkie domki rodzinne, które bezpłatnie otrzymują niektórzy pracownicy kołchozu, np. weterynarze, technicy, mechanicy. Nie można ich jednak wykupić, bo jest to "mienia naroda" (własność narodu). Młodzież w szkołach zawodowych na wsi otrzymuje za darmo wyżywienie, czego nie ma w miastach. To, co powiem, zabrzmi paradoksalnie, ale przypomina to realizację postulatów encykliki "Mater et Magistra" Papieża Jana XXIII, który pisał o potrzebie wyrównywania poziomu życia w mieście i na wsi. Celem Łukaszenki jest zatrzymanie ludzi na wsi i w kołchozach. Oczywiście, wykształcona część społeczeństwa ma jeszcze inne niż tylko materialne aspiracje. Zdolna młodzież, np. informatycy, wyjeżdża na Zachód i tam znajduje pracę. To samo zjawisko jest zresztą w Polsce, tylko na większą skalę. Trzeba dodać, że Łukaszenko bardzo broni interesów Białorusi przez popieranie produkcji krajowej w każdej dziedzinie. Przepisy nakazują np. mieć w sklepach 70-80 proc. produktów miejscowych. Na import materiałów budowlanych jest 2 euro cła od kilograma i celnicy to bezwzględnie egzekwują. Wspomniane agromiasteczka są jednak, moim zdaniem, spóźnione co najmniej o 30 lat i procesu nieobliczalnej w skutkach degradacji demograficznej wsi już nie zahamują.

Jakim państwem jest Białoruś pod rządami Łukaszenki?

- To jest państwo dyktatorskie i staje się państwem totalitarnym, w którym prawa człowieka nie liczą się i władza ma we wszystkim głos decydujący. Za krytyczną wypowiedź wobec władzy student jest wyrzucany z uczelni. Ostatnio został powołany do życia "Białoruski Republikański Związek Młodzieży" (Biełaruski Respublikański Sojuz Małodzieży), który przypomina dawny komsomoł (Komunistyczny Związek Młodzieży) i tak bywa przez ludzi nazywany. Niewstąpienie do niego oznacza brak szans w szkole. Dla dzieci jest organizacja pionierów, jak za dawnych czasów. Tylko chusty mają nie czerwone, lecz zielono-czerwone. Kościół w terenie ma problemy, bo administracja i urzędnicy wyznaniowi usiłują poddawać pracę księży swojej kontroli. Wiele mówi fakt, że pomniki Lenina stoją jak dawniej na rynkach miast i miasteczek. To symbol ideologicznego kierunku władzy. Pomimo tego za Łukaszenki białoruskie narodowe uczucia bardzo wzrosły.

Jak w tym wszystkim odnajduje się polska mniejszość narodowa?

- Przypomnę na początku, że oficjalne statystyki mówią o prawie 400 tys. Polaków żyjących na Białorusi. Są to jednak dość często Polacy inni niż w Polsce. Niekiedy znacznie lepsi, a niekiedy niepewni swej narodowości. Na co dzień, poza pasem przygranicznym, nie mówią po polsku, lecz tzw. językiem prostym, czyli gwarą białoruską na wsi, a w mieście po rosyjsku. W różnym stopniu także czują się związani z polskością. To wynik małżeństw mieszanych i celowych, wynaradawiających działań władz sowieckich. Po wojnie masowo zapisywano Polaków - bez pytania - jako Białorusinów. A jeśli taki zapis ktoś miał przez 40 lat, to się do tego przyzwyczaił, i już nie protestuje. Teraz w paszportach nie ma już rubryki "narodowość", jak za czasów sowieckich, tylko "obywatelstwo", a to jest białoruskie. Problemem jest jednak to, że prości ludzie powszechnie mylą je z narodowością białoruską. Wielki wpływ na
wynarodowienie młodego pokolenia Polaków mają negatywne stereotypy Polski i Polaków szerzone przez białoruską historiografię, publicystykę, podręczniki historii w szkole i różne media. Polska i Polacy są przedstawiani jako ci, którzy przez wieki na Białorusi gnębili i krzywdzili naród białoruski. To sprzyja procesowi wynarodowienia młodzieży polskiego pochodzenia, tym bardziej że nie poznaje ona historii Polski i kultury polskiej, bo nie ma takiej możliwości. Można spotkać sytuację, gdzie wnuczka czy wnuczek dziwi się, jak babcia może mówić, że jest Polką, skoro Polacy tak prześladowali i uciskali Białorusinów.

Jak zmieniła się sytuacja naszych rodaków na Białorusi po rozpadzie ZSRS?

- Zmieniła się bardzo na korzyść. W 1992 r. Polska zawarła z Białorusią Traktat o dobrym sąsiedztwie i współpracy, w którym są określone prawa polskiej mniejszości narodowej na Białorusi i mniejszości białoruskiej w Polsce, np. do tworzenia niezależnych organizacji, własnej oświaty, prasy itp. Dokonało się wtedy prawdziwe przebudzenie, ludzie podnieśli głowy, zrodziła się nadzieja zmiany na lepsze. Dzięki zapałowi i ofiarnej pracy pewnej grupy ludzi bardzo dużo w tym czasie zrobiono. Dziś to wszystko przygasło i ledwie się tli.

Czy Polacy na Białorusi są dyskryminowani przez państwo?

- Mniejszość polska pod względem materialnym i politycznym dzieli losy ogółu społeczeństwa. Prości ludzie nie odczuwają żadnej dyskryminacji. Co innego ci, którzy podejmują działalność społeczną na rzecz utrzymania polskości. Oni wiedzą, że są obserwowani przez milicję i bywają nierzadko poddawani presji. Traktowani są z podejrzliwością, a władze dążą do pokierowania nimi dla swoich celów. Na Polakach odbija się teraz polityka władz polskich w stosunku do Ukrainy.

Trwający konflikt wokół Związku Polaków na Białorusi zapewne nie poprawi tej sytuacji.

- Oczywiście, jedynie ją pogorszy. Zresztą już ją pogorszył. Ludzie w terenie nie orientują się, o co chodzi w tym konflikcie, bo są skazani na oficjalne informacje. Działania władz wynikające z tego konfliktu skutkują zastraszeniem i obawami na przyszłość. W tym znaczeniu to bardzo duże pogorszenie sytuacji.

Jaki był rzeczywisty powód spacyfikowania Związku Polaków przez Łukaszenkę?

- Łukaszenko nie chciał zaaprobować niezależnego wobec władz, nawet działającego w ramach prawa, zarządu tej organizacji, bo to się nie zgadza z naturą władzy dyktatorskiej, którą on sprawuje. Dlatego Związek został od wewnątrz rozbity przez prowokacje ze strony niektórych jego członków, by ułatwić jego spacyfikowanie. Teraz dorobek odrodzenia z lat 90. prawie leży w gruzach. Najgorsze jest to, że władzom udało się wytworzyć taki obraz Związku, który ludzi do niego zraża i odstrasza. Przyszłość rysuje się niejasno.

Jaka jest polityka Łukaszenki wobec mniejszości polskiej?

- On chce mieć tę mniejszość, podobnie jak całe społeczeństwo, absolutnie sobie
podporządkowaną, kontrolowaną i zastraszoną. Obawia się, że przez Związek Polaków będą
przenikać na Białoruś jakieś demokratyczne idee. 12 września gazety podały, że Białoruskie Ministerstwo Sprawiedliwości zażądało zmiany nazwy Związku Polaków na Białorusi. Ukazały się bowiem jakieś rozporządzenia dotyczące wykorzystania nazwy państwa oraz słów "białoruski" i "narodowy" w nazwach organizacji społecznych. Generalny bowiem kurs polityki Łukaszenki - to rusyfikacja.

Jaki jest wpływ Związku na mniejszość polską na Białorusi?

- Trudno to jednoznacznie określić. Działacze Związku podają, że liczy on 20 tys. członków. Tak jest w wykazach na papierze. Ale takich, którzy tę przynależność manifestują i biorą jakiś udział w pracy społecznej, jest dużo, dużo mniej. Ale tak zawsze już jest. Wielki dramat Polaków na Białorusi polega na braku inteligencji polskiej chętnej do działalności społecznej i zdolnej do formułowania ich problemów. A jeśli nawet ona gdzieś jest, to nie ma tradycji takiej działalności i nikt nie kwapi się do niej. Jak już wspomniałem, ludzie czują się zastraszeni. Dlatego Związek działa przede wszystkim w dużych miastach, gdzie są trochę silniejsze grupy miejscowej inteligencji polskiej.

Jaka powinna być reakcja Polski na sytuację zaistniałą w Związku Polaków?

- Po pierwsze, władze polskie muszą jasno mówić, że nie zamierzają tworzyć z Polaków kadr dla opozycji politycznej i dla wprowadzania demokracji na Białorusi, a także nie stwarzać pozorów takiego działania. To byłaby droga do niszczenia Polaków i do unicestwienia tego wszystkiego, co przez ostatnie 15 lat udało się im stworzyć. Polacy na Białorusi często nie rozumieją, czego Polska chce od Łukaszenki, a ostra krytyka kierowana wobec niego drażni ich. Boją się jakichś niepokojów. Opowiadał mi ktoś ostatnio, że w pociągu z Mińska do
Brześcia słyszał rozmowę dwóch starszych, wiejskich kobiet o tym, że Polacy wylądowali w Grodnie, by je przyłączyć do Polski. To było po spotkaniu Donalda Tuska z nowym prezesem Związku Polaków, Angeliką Borys, w tym mieście. Taki jest tam nieraz poziom znajomości tych spraw, o których mówimy. Uważam, że sprawę obrony mniejszości polskiej należy stawiać na płaszczyźnie powszechnie uznawanych, przynajmniej formalnie, praw człowieka i domagać się dotrzymania tego, co zawiera wspomniany już traktat polsko-białoruski, i zachowania zasady wzajemności. Polska się z niego wywiązuje i ma prawo tego samego oczekiwać od Białorusi. Od tego jest odpowiedni język dyplomatyczny i tzw. kanały dyplomatyczne. W Polsce bardzo hołubi się opozycję białoruską, ale Polacy żyjący na Białorusi bardzo się jej obawiają. Ona co prawda porozumiewa się z Polską, ale o tym, jak jest nastawiona do Polaków, najlepiej świadczy hasło, które głosi od dawna: "Na Białorusi nie ma żadnych Polaków, tylko okatoliczeni Białorusini".

Jak przedstawia się obecnie sprawa tożsamości narodowej Polaków na Białorusi?

- Mówiąc ogólnie, nie przedstawia się dobrze i jest zagrożona. Polacy mają wprawdzie teraz takie prawa, jakich nie mieli za czasów carskich i sowieckich, ale jednocześnie kurczy się podstawa ich tożsamości. W czasach, gdy jako mniejszość narodowa nie mieli żadnych praw, mieli jedną, bardzo ważną, a nawet najważniejszą pomoc w jej zachowaniu: język łaciński i polski w Kościele. To było niezawodne oparcie dla ich tożsamości narodowej. Teraz to oparcie na niektórych terenach już znikło, a na innych się kurczy. To jest złożony problem i trudno go w kilku słowach przedstawić. Istnieją tu takie paradoksy: Polacy na Białorusi będąc mniejszością narodową, są jednocześnie większością w tamtejszym Kościele. W najnowszych badaniach ponad 95 proc. wiernych w diecezji grodzieńskiej podało polskie pochodzenie, a w diecezji mińsko-mohylewskiej - 75 proc. Tymczasem do kościołów wszedł język białoruski, którego nie ma w większościowej narodowo i przecież białoruskiej Cerkwi prawosławnej. Tak więc Kościół katolicki, w którym większość stanowią Polacy, przez promowanie języka białoruskiego wziął na siebie de facto funkcję tworzenia narodowości i kultury białoruskiej. Wprowadzenie języka białoruskiego do liturgii to jest przecież jego wielka nobilitacja i niesłychanie ważny czynnik kulturotwórczy.

Jak to się stało, że w Kościele na Białorusi obecnie dominuje język białoruski?

- Doszło do tego w dość prosty sposób. Udający się do pracy na Białorusi księża młodego
pokolenia z Polski nie słyszeli ani w szkole, ani w seminariach duchownych o Polakach na Wschodzie, nie znali ich historii i typu tamtejszej polskości. Na miejscu spotkali się z dziwnym dla nich typem Polaków, którzy domagali się języka polskiego słabym i dziwnym dla nich językiem polskim. Nie rozumieli, że ci ludzie w czasach antypolskiego terroru i braku szkół utracili język polski w komunikacji codziennej, lecz zachowali go w modlitwie, jako ostatnie ogniwo łączące ich z polskością i jako język ich najgłębszych uczuć i serca.
Dlatego szybko doszli do wniosku, że to nie są Polacy, bo Polacy powinni mówić po polsku. I dla ich rzekomego dobra duchowego zaczęli do liturgii, wbrew ogromnej większości wiernych, wprowadzać język białoruski, którym na co dzień nikt, poza niewielką grupą inteligencji
białoruskiej, nie mówi. Za tymi księżmi poszła później część narodowo i bardzo niechętnie nastawionych do Polaków młodych księży miejscowych. Otóż nieszczęście polegało na tym, że kapłani z Polski pomylili język z narodowością. Nie wiedzieli i często nie wiedzą nadal, że tu liczy się świadomość narodowa, a nie język. Kiedyś usłyszałem od tamtejszej Polki słowa: "Ja nie mówię po polsku, ale u mnie serce jest polskie". Dziś także narodowo nastawieni Białorusini mówią o swoich rodakach posługujących się językiem rosyjskim, że nie jest ważny język, lecz narodowa świadomość białoruska. Polacy nigdy nie byli i nie są przeciwko językowi białoruskiemu w kościołach. Ale oczekują, by język polski miał swoje godne miejsce i by oni mieli takie same prawa, jak inna grupa narodowa. Na Białorusi wschodniej i na prowincji języka polskiego oczekuje już tylko
najstarsze pokolenie, które przechowało wiarę w tym języku. W nim odrodziły się tam przed kilkunastu laty dawne parafie katolickie. Ale młode pokolenie często nie zna już zupełnie polskiego i potrzebny jest język białoruski. W zachodniej części Białorusi, to znaczy na terenach przedwojennej Polski, jest zupełnie inaczej. Tu ogół wiernych chce mieć język polski w Kościele. Na Grodzieńszczyźnie na ogół nie ma z tym problemów. Ale w tej części dawnej Wileńszczyzny, która znalazła się w diecezji witebskiej i mińskiej, daleko posunęła się eliminacja języka polskiego, a oczekiwania
wiernych na używanie języka polskiego w Liturgii bywają ignorowane. Zdarza się, że Liturgia w języku polskim jest przesuwana na czas niedogodny, a Polacy słyszą od księdza, że mogą sobie śpiewać do woli po polsku, ale dopiero jak skończy się Msza św. po białorusku.

Co jest najważniejsze dla przetrwania polskości na Białorusi?

- Najważniejsza jest obecność języka polskiego w Kościele. Żadne szkoły polskie, których raptem jest dwie, a poza tym różne kursy językowe, szkoły sobotnio-niedzielne i społeczne, nic nie pomogą, jeśli dzieci nie będą słyszały języka polskiego w Kościele i nie będą umiały modlić się po polsku. Bywa tak, że jeśli nawet umieją, to wymaga się od nich nauczenia się katechizmu i modlitw po białorusku. Poza tym do przetrwania polskości na Wschodzie bardzo ważne są sukcesy samej Polski: gospodarcze, polityczne i kulturalne. Ten prestiż Polski, jaki miała ona na Białorusi jeszcze kilkanaście lat temu, teraz właściwie leży w gruzach.

Czego Polacy na Białorusi oczekują od Polski?

- Od rodaków w kraju oczekują także tego, by o nich pamiętali, nie zostawiali ich samym
sobie i byli na Białorusi częstymi gośćmi. Oczekują większego zainteresowania się nimi także w formie bezpośrednich kontaktów, wycieczek turystycznych. A jest tam naprawdę co oglądać i z kim się spotkać. Są tam wspaniałe zabytki naszej kultury, zwłaszcza sakralnej. Tamtejsze bogate rody arystokratyczne fundowały przepiękne kościoły, które dziś są już nierzadko
starannie odnowione lub odnawiane, zresztą przy wielkim wkładzie Polaków z Polski i
polskiego Ministerstwa Kultury. Zabytki kulturalne, historia tamtych ziem, ich krajobraz, pola, jeziora i rzeki zostały utrwalone na zawsze w polskiej literaturze i jest to
integralna część naszej kultury i historii. Nie możemy się od niej odciąć lub o niej
zapomnieć, bo byłaby to patologia. A jeśli o tym mówimy, to nie dla jakiejś rewindykacji terytorialnych, ale przez wzgląd na historię wspólnej Rzeczypospolitej, za której czasów powstały wielkie dzieła kultury na tamtych ziemiach i często przetrwały w postaci przede wszystkim pięknych świątyń. Są one ozdobą, skarbem tych ziem i można je spotkać nie tylko w większych miastach, ale także w miasteczkach i wioskach. A poza tym można przeżyć niezwykłe spotkania. Rozmowa z proboszczem zwiedzanego kościoła lub z babcią spotkaną przy kościele, mówiącą kresowym językiem polskim lub gwarą, jest stokroć bardziej ciekawa i wzbogacająca niż całe dnie wycieczki na Zachód, gdzie ogląda się wprawdzie wspaniałe zabytki, ale serca tam nikt przed innymi nie otwiera. Białoruś to wspaniały cel wycieczek nie tylko szkolnych, a także pielgrzymek do sanktuariów maryjnych, np. w Grodnie, Trokielach czy Budsławiu.
Podróżować można nie tylko znanym szlakiem Adama Mickiewicza. Każdy inny szlak może być
wspaniałą lekcją naszej historii, bardziej owocną niż wiele wykładów, pogadanek czy
wycieczek na Zachód.


Dziękuję za rozmowę


Wywiad zamieszczony w „Naszym Dzienniku”, wrzesień 2005 r.