Logo Federacji Organizacji Kresowych
Logo Federacji Organizacji Kresowych
                                                                                     
Federacja Organizacji Kresowych
                                                                                     
Strona Główna              o nas              Oświadczenia               Federacja               Archiwum              Kontakt              Strony o kresach
Sprawy Ogólne                 Białoruś                 Litwa                 Ukraina
© Federacja Organizacji Kresowych
siedziba:
Krakowskie Przedmieście 64
00-322 Warszawa


"Jesteśmy między młotem a kowadłem”
Rozmowa ze Stanisławem Sienkiewiczem, prezesem Polskiej Macierzy Szkolnej na Białorusi.

Białoruscy Polacy równa się Związek Polaków na Białorusi. Tak przez analogię do Związku Polaków na Litwie, odbierają sytuację w Waszym kraju nasi czytelnicy. Czy mógłby Pan, jako przewodniczący Polskiej Macierzy Szkolnej na Białorusi, przybliżyć im historię powstania Polskiej Macierzy Szkolnej?

Cóż, sytuacja na Białorusi, choć geograficznie nieodległej od Litwy, jest zupełnie inna. W odróżnieniu od was nie mieliśmy tutaj przez 50 lat polskich szkół, klas nawet, chociaż Polaków na Białorusi było i jest więcej niż na Litwie (według wyników ostatniego spisu ludności na Białorusi mieszka ok. 400 tys. Polaków, czyli 4 proc. ludności, z czego 300 tys. w obwodzie grodzieńskim). Kiedy odrodziło się polskie szkolnictwo, okazało się, że brak organizacji, która w swej działalności skupiałaby się na trosce o edukację, o szkoły, o uczniów i nauczycieli. Stąd właśnie pomysł reaktywowania tak szacownej organizacji, jak Polska Macierz Szkolna - powstałej jeszcze we Lwowie (wśród założycieli był m. in. Józef Ignacy Kraszewski), a od 1918 r. działającej w przedwojennym Grodnie. Odrodziliśmy Macierz w 1995 r., nie bez tarć ze Związkiem Polaków, co jest jednak dość zrozumiałe w sytuacji, kiedy jeden ośrodek zmierza do zmonopolizowania działalności wśród mniejszości polskiej - analogiczne konflikty były i w Wielkiej Brytanii, chociaż warunki działania samych organizacji są tam przecież diametralnie różne.

Stowarzyszenie Nauczycieli Szkół Polskich na Litwie „Polska Macierz Szkolna” to specjalistyczna, branżowa organizacja. Rzut oka na ruch u Was panujący przekonuje jednak, że w Grodnie wygląda to inaczej. Czym się zajmujecie oprócz pomocy polskim nauczycielom?

To, że działamy w tak wielu sferach, jest nie tyle naszym zaplanowanym działaniem, ale po prostu koniecznością. My po prostu wypełniamy luki, a nie ma co ukrywać, że konflikt w Związku Polaków ilość tych luk znacząco zwiększył - stąd zajmujemy się wieloma działaniami, które wcześniej miał w swojej wyłącznej pieczy ZPB. Dziś możemy nieskromnie powiedzieć, że nasz program ma coś do zaoferowania Polakom w każdym wieku - zorganizowaliśmy Uniwersytet III Wieku, przy Macierzy spotyka się Stowarzyszenie Młodej Polonii, mamy „uniwersytet” dla rodziców. Różne niezależne organizacje polskie, jak zespoły czy harcerze, same szukają kontaktów z Macierzą. Ważne jest również, że jesteśmy zarejestrowani jako organizacja ogólnobiałoruska, a więc możemy aktywnie działać nie tylko w Grodnie, ale w całym kraju, chociaż, oczywiście, to tutaj jest nasze centrum, i to tutaj odbywają się nasze najważniejsze przedsięwzięcia - Konkursy Chopinowski i Moniuszkowski, Dni Pamięci Mickiewicza, Sienkiewicza i innych klasyków. Wymieniać mógłbym długo - dość jednak powiedzieć, że w niniejszym roku tylko ze wsparciem Wspólnoty Polskiej organizujemy 130 imprez!

Kieruje Pan pracą jedynej obecnie w Grodnie organizacji polskiej, którą uznaje zarówno rząd polski, jak i białoruski. To zapewne dla Was niezwykle komfortowa sytuacja?

Odrobina komfortu w działalności Macierzy niewątpliwie by się przydała (śmiech). Jest jednak zupełnie inaczej – fakt, że uznają nas obie strony, owocuje tym, że obie strony traktują nas podejrzliwie. Władze białoruskie z wielką niechęcią wydają nam pozwolenia na organizację różnych imprez, zwłaszcza w terenie. Sam fakt, że otrzymujemy wsparcie z Polski, czyni z nas organizację podejrzaną, chociaż zawsze podkreślamy naszą apolityczność - tym też np. motywujemy niepodpisywanie różnorodnych „apeli poparcia” dla władz. W Polsce z kolei często spotykamy się z postawą „Skoro was uznają, to popieracie Łukaszenkę!”. W pewnym sensie znaleźliśmy się między młotem a kowadłem - np. organizując cokolwiek za wiedzą i zgodzą władz, nie możemy zaprosić tam przedstawicieli „podziemnego” ZPB, a jeśli ich nie zapraszamy - strona polska odbiera to jako popieranie polityki Łukaszenki... A prawda jest taka, że do rozłamu ZPB był dla nas świetnym „piorunochronem” - w razie jakichkolwiek konfliktów czy nieporozumień to on był postrzegany jako główny przeciwnik.

W odróżnieniu od Wileńszczyzny, na Białorusi, nawet w Grodnie, język polski nie jest językiem codziennym. Sądzi Pan, że to stan przejściowy, że polski ma szanse na powrót na grodzieńskie ulice?

Nie wydaje mi się, żeby było to możliwe. Rusyfikacja w naszej republice była niezwykle skuteczna - Białoruś dziś jest krajem wielu kultur, ale de facto jednego języka. Naszym celem jest przypomnienie ludziom języka polskiego, nauka młodzieży, ale nie oczekujemy, że zaczną go powszechnie stosować. Dobrze będzie, jeśli zaczną po polsku mówić w domach, ale nie wydaje mi się, żeby znów zagościł na ulicach, a jeżeli już, to nieprędko. Polski jako drugi język jest najbardziej prawdopodobnym wariantem. Nowym zagrożeniem dla roli naszego języka staje się białorutenizacja kościołów - liturgia i nauka religii po polsku były dla poprzednich pokoleń jedynym „pozadomowym” kontaktem z mową ojczystą. Miejmy nadzieję, że dla dzisiejszej młodzieży wystarczająca będzie jego nauka - jęz. polski jest obecny w ponad 250 szkołach (są klasy z językiem wykładowym lub jest wykładany jako przedmiot), uczy się go ogółem 200 tys. uczniów (również w ramach nauki pozaszkolnej). To już daje pewne podstawy do wiary w sukces. Nawet jeśli jeszcze nie mówi się powszechnie po polsku, to na pewno jest on już dziś językiem zrozumiałym.

Macierz prowadzi polskie liceum społeczne, a przecież w Grodnie działa też państwowa szkoła polska, jest też liceum „podziemnego” Związku Polaków - jak układają się stosunki pomiędzy tymi szkołami? Współpraca w imię wspólnych celów, czy raczej bezwzględna konkurencja?

Och, chętnych do nauki jest wystarczająco wielu, żebyśmy nie wchodzili sobie w drogę z „konkurencją”, jak to pan określił. Inna sprawa, że mamy niewątpliwie najdłuższe tradycje – Liceum Społeczne funkcjonuje od 1992 r.! Mamy również największą liczbę uczniów – 580! Szkoła Polska w Grodnie ma ich 350, a liceum przy Związku Polaków – kilkudziesięciu... Ważne, że nie prowadzimy nauki jedynie „brakujących” przedmiotów (liceum funkcjonuje jako uzupełnienie normalnej szkoły białoruskiej o przedmioty wymagane dla podjęcia studiów w Polsce) – ze względu na różnice programowe zajmujemy się też dokształcaniem z praktycznie całego zakresu nauczania szkolnego. Pracuje u nas 20 nauczycieli, w tym troje – z Polski. No i dbamy o to, żeby nasza działalność nie kojarzyła się uczniom wyłącznie z nauką – organizujemy dla nich wyjazdy i spotkania, w okresie wakacji funkcjonuje Szkoła Letnia. I taka działalność przynosi efekty – np. w zeszłym roku na 56 przyjętych na polskie uczelnie grodnian 40 jest naszymi maturzystami! Wszyscy nasi abiturienci się dostali! Mamy więc prawo twierdzić, że taka forma działania – uzupełnienie szkoły białoruskiej przez nasze liceum – zdaje egzamin. Nie zapominajmy, że Szkoła Polska w Grodnie realizuje białoruski program szkolny, tyle że w języku polskim. Nie ma tam zatem geografii czy historii Polski – uczniowie klas maturalnych sami się do nas zgłaszają, żeby uzupełnić wiedzę w tym zakresie. Takie paradoksy programowe są w pewnym stopniu wynikiem nienajlepiej przemyślanego postępowania polskich władz – od rozłamu w Związku Polaków Szkołę Polską w Grodnie pozostawiono właściwie samopas – nikt z Polski nie pojawia się na ich balach maturalnych czy akademiach, trudności są z organizacją dla jej uczniów wyjazdów do kraju. A przecież szkoła działa od 1996 r. - powstała na 9 lat przed skandalem w ZPB!

Czy wprowadzenie języka polskiego w jakiejś klasie to wieloletnia „droga przez mękę” dla rodziców, nauczycieli i dyrekcji szkoły? No i czy w ostatnich latach liczba dzieci uczących się języka polskiego na Białorusi rośnie, czy spada?

To głębszy problem – w myśl obowiązujących w oświacie przepisów wprowadzenie nauczania języka polskiego odbywa się kosztem puli godzin przeznaczonych na rosyjski lub białoruski. To z kolei może oznaczać, że nauczycielom języków państwowych zabraknie godzin do etatu, co oczywiście nie budzi ich entuzjazmu. W takiej sytuacji decydujący głos ma dyrekcja – ma ona pewną pulę godzin, w ramach której może „odkupić” straty białoruteniście czy rusycyście – może, ale wcale nie musi. W praktyce zależy to od jej dobrej woli (nierzadko dyrekcja sama inicjuje wprowadzenie nauczania polskiego), zrozumienia innych nauczycieli oraz uporu rodziców – a z tym ostatnim bywa różnie. Świadomość narodowa Polaków, zwłaszcza na wsiach, nie jest wysoka. Inna sprawa, że zorganizowane życie Polaków obejmuje w zasadzie tylko miasta – młodzież ma szanse spotykać się z okazji świąt narodowych i różnych uroczystości, organizowane są wyjazdy. Na wsiach bodźcem do nauki języka pozostaje w zasadzie tylko patriotyzm. A to właśnie na wsiach najbardziej brakuje nauczycieli naszego języka. No i inna sprawa praktyczna – wciąż brak białoruskich podręczników do nauki polskiego – trafiają do nas z Polski lub używamy adaptacji podręczników litewskich, a musimy pamiętać, że sytuacja u nas jest inna – dzieci przynoszą język ojczysty ze szkoły do domu, a nie na odwrót!

A czy problemy związane z podjęciem nauczania dzieci języka polskiego są większe, niż te, na które napotykają inne mniejszości na Białorusi? Czy to prawda, że nasz język traktowany jest tutaj ze szczególną podejrzliwością?

To niestety prawda - do polskiego i Polaków władze odnoszą się nieufnie, zwłaszcza od 2005 r. Rozpowszechniono wówczas stereotyp, że Polacy są wrogami Białorusi. Były wówczas wypadki (na szczęście niewiele), że nauczyciele języka polskiego rezygnowali pod presją środowiska ze swojej pracy. Żadna inna mniejszość narodowa nie jest tak wielka i nie jest tak aktywna, jak my. Kilka tysięcy Litwinów nie zaprząta uwagi administracji, a Ukraińcy nawet niespecjalnie chcą walczyć o swoje odrodzenie narodowe.

Jakie jest największe marzenie Macierzy?

Własna siedziba. Mamy przydzielony plac koło katedry, powoli stawiamy własny budynek - na razie gotowe są fundamenty. Podstawowe problemy z tym związane są dwa - wielokrotny wzrost cen na materiały budowlane w ostatnich latach i wstrzymanie od 2005 roku dotacji senackich dla jakichkolwiek inwestycji na Białorusi (wstrzymano nawet finansowanie restauracji kościołów). Z powyższych względów zrezygnowaliśmy z planów budowy większej siedziby, gdzie obok Macierzy byłoby dość miejsca i dla innych organizacji - po prostu koszta stały się niewspółmierne do naszych możliwości. Obecne plany przewidują budynek o 700 m kw. przestrzeni użytkowej. Nie ukrywamy, że wiele zależy tutaj od odblokowania możliwości pomocy z Polski. Fundacja Zalewskiego, o której już wspominałem, oferuje nam wsparcie, ale pod warunkiem, że i z kraju otrzymamy pewne fundusze....

Rozmawiał Michał Erenz
"Kurier Wileński" 5.09.2008 r.