Logo Federacji Organizacji Kresowych
Logo Federacji Organizacji Kresowych
                                                                                     
Federacja Organizacji Kresowych
                                                                                     
Strona Główna              o nas              Oświadczenia               Federacja               Archiwum              Kontakt              Strony o kresach
Sprawy Ogólne                 Białoruś                 Litwa                 Ukraina
© Federacja Organizacji Kresowych
siedziba:
Krakowskie Przedmieście 64
00-322 Warszawa


Do ostatniego Polaka

Ewa Szakalicka

2010-02-19 „Polska The Times”

Wejście Związku Polaków i Andżeliki Borys w otwarty konflikt z dyktaturą pogarsza sytuację całej polskiej społeczności na Białorusi.
Nie może być skuteczna polityka oparta na fałszywych przesłankach, na ideologii, która stosuje w praktyce twierdzenie Hegla: gdy rzeczywistość jest inna, tym gorzej dla rzeczywistości. A właśnie z taką sytuacją mamy do czynienia w relacjach polsko-białoruskich, co boleśnie daje o sobie znać przy okazji wybuchu kolejnego konfliktu na linii administracja rządowa Białorusi - grupa Andżeliki Borys.

Przeciętny Polak w kraju nie ma zielonego pojęcia, skąd nasi rodacy się wzięli na Białorusi. Zadbali o to cenzorzy podręczników szkolnych w PRL-u i obowiązująca sowiecka historiografia traktująca północno-wschodnie województwa II Rzeczypospolitej (nowogródzkie, poleskie, wileńskie i większość białostockiego) jako tzw. zachodnią Białoruś.
Propaganda komunistyczna posługiwała się tą nazwą dla podkreślenia "białoruskiego" etnicznego charakteru tych ziem, próbując samemu pojęciu przypisać nawet znaczenie geograficzne.

Do tego dochodzi pielęgnowana przez lata wizja polskiego "obszarnika-krwiopijcy", ciemiężyciela "tutejszych Białorusinów" (ponad jedna czwarta polskiego ziemiaństwa w 1939 r. mieszkała właśnie na tzw. zachodniej Białorusi) i przemilczana zagłada polskiej ludności na Kresach, którą dotknęły zsyłki do łagrów, mordy, więzienia, pozbawienie środków do życia, rabunek i niszczenie majątków ziemiańskich, a w końcu wypędzenie. Za pomocą decyzji politycznych Stalin zmienił skład narodowościowy Grodzieńszczyzny, Nowogródczyzny, Polesia.

Na marginesie trzeba dodać, że ci obywatele PRL-u, którzy urodzili się przed wojną na Kresach Wschodnich, mieli wpisane w dowodach osobistych: miejsce urodzenia ZSRR. Obecnie wg oficjalnych danych w państwie białoruskim mieszka ok. 400 tys. Polaków, głównie w części zachodniej kraju (wg danych Kościoła katolickiego szacuje się, że jest ich ponad milion). Są rejony, gdzie ludność polska zamieszkuje nadal w zdecydowanej większości (ponad 80 proc. w rejonie werenowskim stanowią Polacy). O tej części narodu polskiego, przeciwstawiającej się sowieckiej władzy, broniącej świątyń katolickich i polskości przed reżimem komunistycznym, pozbawionej całkowicie polskich szkół, represjonowanej za mówienie po polsku, wiedzieli tylko krewni w Polsce. Dlatego nie powinien dziwić fakt, że po rozpadzie Związku Sowieckiego i powstaniu Republiki Białorusi dla tamtejszych Polaków najważniejsze stało się odrodzenie polskości na bazie tego, co zachowali.

Przez dziesiątki lat sam fakt bycia Polakiem ustawiał ich w opozycji do władzy, więc kiedy sytuacja polityczna zmieniła się, zaczęli organizować polskie życie. Jednak w naszej polityce wschodniej obowiązuje patrzenie przez sowieckie okulary na przedwojenne polskie terytorium państwowe, bez zrozumienia złożoności sytuacji autochtonicznych Polaków pozostałych w granicach dzisiejszej Białorusi, z których tylko niewielka część dała się zsowietyzować. O roli Polski w dziejach tamtych ziem poprawność polityczna każe milczeć. Obowiązuje doktryna "późnego Giedroycia", zgodnie z którą pojednanie z Białorusinami (Litwinami i Ukraińcami też) odbywa się kosztem Polaków na Wschodzie. De facto oznacza to dalsze zafałszowywanie rzeczywistości, bo jak pokazała polska społeczność na Litwie, jest ona znaczącą siłą i nie da się zlekceważyć ani przez Litwę, ani przez Polskę. Podobnie było z Polakami na Białorusi do 2005 r.

Jedność środowiska polskiego stanowiła o jego sile, a działalność licznych organizacji społecznych, parafii katolickich, domów polskich, różne formy nauczania języka ojczystego czy rozwój polskiej prasy z pewnością sprzyjały demokratyzacji życia na Białorusi.

Wejście Związku Polaków pod przewodnictwem Andżeliki Borys w otwarty konflikt z dyktaturą wpłynęło na pogorszenie się sytuacji całej polskiej społeczności. Represje dotknęły wszystkich. I to nie tylko ze strony administracji Aleksandra Łukaszenki, ale również ze strony państwa polskiego. Dyrekcje jedynych dwóch polskich szkół na Białorusi otrzymały zakaz wjazdu na terytorium Rzeczypospolitej, bo nie poparły Andżeliki Borys. Nikt nie analizował sytuacji, w jakiej znaleźli się dyrektorzy tych placówek.

Szantażowano ich zamknięciem polskich szkół (wybudowanych notabene za pieniądze polskiego podatnika), dlatego podejmowali decyzje w poczuciu odpowiedzialności za uczniów i ze względu na cel najważniejszy swojej pracy - zachowanie i pielęgnowanie polskości. Za lojalność wobec własnego środowiska zostali ukarani przez Warszawę! Kiedy teraz słyszę, jak Andrzej Kremer, wiceminister spraw zagranicznych, zapowiada zakaz wydawania polskich wiz dla członków uznawanego przez Mińsk ZPB Stanisława Siemaszki, to dziwię się, że nic nie wspomina o wprowadzeniu zakazu wiz dla białoruskich organizacji prołukaszenkowskich!

Jeżeli jednych Polaków biją Białorusini, to my innych będziemy represjonować? Jak powiedział w jednym z programów telewizyjnych Wojciech Cejrowski: "przed głupkami trzeba się bronić". Ale w jaki sposób, skoro mamy starych wyjadaczy (białoruskich) i naiwnych smarkaczy (polskich), którzy widzą sytuację inaczej niż ona jest.

Niestety, nie dotyczy to tylko polityków, ale również wielu dziennikarzy. Bo przecież grupa Andżeliki Borys reprezentuje tylko część ludności polskiej. Oprócz Związku Polaków na Białorusi działają Polska Macierz Szkolna, Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Lidzkiej, polskie parafie katolickie i inne organizacje społeczne, które nie są uwikłane w konflikt. Trzeba zatem odpowiedzieć sobie na pytanie: czy chcemy bronić represjonowanych Polaków, czy walczyć z Aleksandrem Łukaszenką?

W pierwszym wypadku należy wprowadzić dla Polaków obywateli Białorusi co najmniej takie same rozwiązania, jak dla Białorusinów, np. obok funduszu stypendialnego im. Kalinowskiego dla młodzieży białoruskiej z Białorusi utworzyć fundusz stypendialny im. Traugutta dla młodzieży polskiej z tego kraju. Skoro funkcjonują rozgłośnie radiowe w Polsce nadające na terenie Białorusi po białorusku, podobnie można uruchomić polskie radio dla tamtejszych Polaków, skoro telewizja publiczna ma kanał białoruski Biełsat, to należy umożliwić rodakom na Białorusi dostęp do wolnego słowa również w ich ojczystym języku (TV Polonia jest anteną dla Polaków za granicą, a nie dla Polaków na Białorusi).

Chodzi o wyraźne wsparcie idące z naszej strony. Ważną sprawą jest umożliwienie nauczania języka polskiego, sprzeciwienie się rugowaniu polszczyzny z kościołów, dostęp do polskiej kultury współczesnej, wsparcie dla polskich księży i zakonnic, którym może grozić wydalenie z parafii katolickich. W tym celu trzeba pogodzić polskie środowiska, a nie eskalować konflikt, jednych popierać, a innych karać. A jeżeli się nie da, to postawić na trzecią siłę, chociażby Polską Macierz Szkolną, która w samym Grodnie prowadzi największą polską szkołę prywatną (Liceum Społeczne Polskiej Macierzy Szkolnej w Grodnie). Obecnie mamy kuriozalną sytuację, ponieważ pomoc finansowa z Polski jest kierowana wyłącznie do jednej organizacji społecznej, a inne spoza ZPB Andżeliki Borys muszą radzić sobie same. Polska Macierz Szkolna wbudowała centrum edukacyjne za pieniądze z Francji.

Dobrze, że przytomność umysłu zachowują towarzystwa kresowe i robią swoje, chociaż ich także nikt w Polsce nie finansuje, ale przecież chodzi o pomoc najbliższym rodzinom pozostałym po drugiej stronie granicy, a nie jakiejś tam bliżej nieokreślonej mniejszości polskiej na Białorusi. Szkoda, że o tym zdają się zapominać, a może wcale nie chcą wiedzieć, polskie elity intelektualne tak skwapliwie demokratyzujące Białoruś. I tu dotykamy drugiej kwestii - walki z dyktaturą. Jeżeli w tym celu wysługujemy się Polakami, bo są najznaczniejszą siłą społeczną, to jest to wobec naszych rodaków postawa wielce niemoralna i nieuczciwa. Stają się oni zakładnikami "demokracji".

Najgorszy wariant przewiduję taki, jeżeli w odpowiedzi na represje białoruskiej strony rządowej będzie się represjonować Polaków i dalej skłócać ich środowiska, zgodnie z zasadą: divide et impera (dziel i rządź), to będzie to klasyczny przykład "pochwały głupoty", a nie skuteczności politycznej we wprowadzaniu Białorusi na tory demokracji. Chodzi przecież o budowanie niepodległego, białoruskiego państwa, którego Polacy muszą stanowić integralną część, chyba że jestem w błędzie i sprawdzi się zarzut postawiony swego czasu ministrowi Mellerowi przez posła Janusza Dobosza: "Będzie pan walczył o demokrację na Białorusi do ostatniego Polaka".

Ewa Szakalicka jest dziennikarką telewizyjną, autorką filmów o Kresach.