Logo Federacji Organizacji Kresowych
Logo Federacji Organizacji Kresowych
                                                                                     
Federacja Organizacji Kresowych
                                                                                     
Strona Główna              o nas              Oświadczenia               Federacja               Archiwum              Kontakt              Strony o kresach
Sprawy Ogólne                 Białoruś                 Litwa                 Ukraina
© Federacja Organizacji Kresowych
siedziba:
Krakowskie Przedmieście 64
00-322 Warszawa


Artur Górski nie tylko o pikietowaniu 26 marca

„Udział w pikiecie pod Ambasadą Litwy będzie nie tylko formą moralnego wsparcia dla Polaków z Wileńszczyzny, ale także dowodem na nasz patriotyzm”.

Z posłem Prawa i Sprawiedliwości Arturem Górskim, w przededniu pikiety pod ambasadą Litwy w rozmawia Aleksander Szycht. Protest odbędzie się w Warszawie, w sobotę 26 marca, na Al. Ujazdowskich 14, o godz. 13.00.

- Panie pośle powiedział Pan już w wywiadzie dla Frondy.pl, że Litwini od dawna konsekwentnie ograniczają prawa polskiej mniejszości. To sprawa znana środowiskom kresowym, która nie wychodziła na światło dzienne przez 20 lat. Dlaczego tak się działo jest kilka teorii. Proszę powiedzieć, jakie jest Pana zdanie.

- Faktycznie jest kilka powodów, które sprawiały, że o problemach Polaków mieszkających na Wileńszczyźnie nie mówiło się głośno w Polsce. Przez długi okres byli oni poświęceni na rzecz strategicznego partnerstwa między Litwą i Polską. Ważniejsza była wspólna polityka naszych krajów wobec NATO, UE i Rosji, niż kwestie mniejszości. Inną rzeczą jest fakt, że Litwini przez całe lata zwodzili kolejne nasze rządy, deklarując poprawę sytuacji polskiej mniejszości, choćby w aspekcie pisowni nazwisk. I nasi czekali, że Litwini wypełnią zobowiązania, że wreszcie zaczną przestrzegać traktat polsko-litewski w całej rozciągłości, a oni się z nas śmiali, z naszej naiwności. A teraz, gdy od kilku lat głośno mówi się o problemach naszych rodaków, także w instytucjach europejskich, śmieją się z naszej bezradności. I dalej przykręcają wileńskim Polakom śrubę z całą świadomością i planową determinacją.

- Przykłady dyskryminacji Polaków przez władze litewskie są liczne. Jaki jest najbardziej rażący dla Pana?

- Dla mnie są dwie sprawy kluczowe – zwrot ziemi i oświata. W przypadku rodowitych Litwinów już dawno zakończono reprywatyzację, a Polakom wciąż oddaje się ziemię ich przodków z dużymi oporami, w mieście Wilnie sporadycznie. Co gorsze, Litwa jest takim dziwnym krajem, gdzie nie ma własności nieruchomej. Otóż wiele ziemi, do której roszczenia składali Polacy, zwrócono Litwinom ze Żmudzi. A Polakom w zamian proponowano jako rekompensatę ziemię pod granicą z Łotwą. Oczywiście odmawiali. Apel Landsbergisa, aby zasiedlać Wileńszczyznę Litwinami nie był pustym sloganem, ale azymutem polityki litewskiej. W kwestiach oświatowych dyskryminację widać w finansowaniu szkół i generalnie w podejściu do szkolnictwa.

Litwini od lat olbrzymie środki przeznaczają centralnie na budowę nowoczesnych szkół z litewskim językiem nauczania na Wileńszczyźnie, a utrzymanie szkół polskich pozostawiają samorządom i gdyby nie pomoc z Polski, wiele z polskich szkół popadłoby w kompletną ruinę. Mało tego, po polskiej szkole trudniej znaleźć pracę, trudniej o awans. A gdy jakaś Polka ma pracować w szkole litewskiej, to często stawia jej się warunek, że jej dziecko także do tej szkoły musi chodzić. Czy to nie są przejawy dyskryminacji, czy nie jest to traktowanie Polaków jako litewskich obywateli drugiej kategorii? A ile czasu minęło i jaką walkę trzeba było stoczyć, zanim młodzież studiująca w wileńskiej filii Uniwersytetu w Białymstoku została uznana przez Litwinów za studentów i otrzymała zniżki na publiczną komunikację. Takich drobiazgów, ciągłych utrudnień, drobnych szykan jest bardzo wiele.

- Teraz uchwalony antypolski projekt ma część tych uprawnień białostockiej filii znów odebrać. Pomówmy jednak o wydarzeniach sprzed 20-tu lat. Do polskiej opinii publicznej nie dotarły wieści o polskich flagach wywieszanych na Wileńszczyźnie na początku lat 90-tych. Czy był Pan świadomy co się wtedy działo na Litwie?

- Nie, byłem za młody, by wówczas śledzić to, co działo się na Litwie. Ale też wiem, że ówczesne wydarzenia na Wileńszczyźnie były w poprzek tendencji politycznych i aspiracji niepodległościowych Litwinów, którzy chcieli pełnej władzy nad swoim wolnym państwem i uważali, że mieszkający na Litwie Polacy im w tym przeszkadzają. Proszę zwrócić uwagę, że przeciwko tworzonemu przez Polaków autonomicznemu rejonowi, który otrzymał nazwę Polskiego Narodowo-Terytorialnego Kraju stanęły murem elity litewskie, które oskarżyły Polaków o zdradę i moskiewską prowokację.

Paradoks polegał na tym, że Polacy z Wileńszczyzny mieli nadzieję, że przy rozpadzie Związku Sowieckiego i rozkładzie systemu władzy także wywalczą dla siebie większe prawa, czyli szeroką autonomię. Doszło do naturalnej w takiej sytuacji konfrontacji siłowej. Polskie samorządy zostały odgórnie rozwiązane, ich władzę przejęły litewskie zarządy komisaryczne, a ówczesnych liderów polskiej społeczności zwolniono z pracy, niektórym wytaczając procesy karne. 16 lat temu samorząd przywrócono, ale polskie aspiracje na Wileńszczyźnie raz na zawsze zostały pogrzebane przy całkowitej bierności państwa polskiego.

- Teraz władze Republiki Litewskiej zamiast pozyskać Polaków zachowują się jak okupanci… Powinni raczej być postrzegani jako gospodarze… Czy nie przypomina się to co działo się po ich wkroczeniu na Wileńszczyznę w 1939 r.?

- Owszem są pewne analogie, jak choćby to stałe i konsekwentne zacieranie śladów polskości, choćby na Uniwersytecie w Wilnie, ale niewątpliwie skala szykan była wówczas większa. Polską inteligencję – nauczycieli, urzędników, ale też kolejarzy zwalniano wówczas masowo z pracy. Teraz także samorządy będą musiały zwolnić z pracy wielu polskich nauczycieli, gdy zostanie zamkniętych połowa polskich szkół. Wówczas wprowadzono wszędzie litewskie szyldy i napisy, a dziś są kary finansowe za polskie szyldy i napisy w miejscach publicznych. W 1939 r. wprowadzono język litewski do urzędów Wileńszczyzny i on wciąż jest jedynym obowiązującym Polaków językiem. Ale obecnie nie rozwiązuje się polskich organizacji, choć podejmowane są szykany wobec Akcji Wyborczej Polaków na Litwie, jak choćby próba odebrania dotacji państwowej. No i Polacy z Wileńszczyzny nie mogą mieć podwójnego obywatelstwa, a mieliśmy przypadki szykanowania za posiadanie karty Polaka.

Tak, polityka Litwinów wobec Polaków jest konsekwentna i nie napawa optymizmem. Oni wciąż boją się polskiego żywiołu, czują się w Wilnie otoczeni przez polską społeczność, uważają, że Polak Tomaszewski ukradł im mandat eurodeputowanego. Nacjonalizm litewski jest esencją ich patriotyzmu. Zapomnieli, że ich państwo świeciło największe triumfy, gdy realizowali ideę jagiellońską. Prawdziwymi gospodarzami Litwini będą wówczas, gdy za równych siebie gospodarzy ziemi wileńskiej uznają Polaków, gdy będą w naszych rodakach widzieć swoich braci, a nie konkurentów i wrogów. Polacy nie są i nie będą wrogami Litwinów, ani ci mieszkający na Wileńszczyźnie, ani ci żyjący w Polsce. Los przed wiekami połączył nasze narody i tak powinno pozostać.

- W sobotę 26 marca o 13.00 przed ambasadą litewską w Warszawie w Al. Ujazdowskich 14 organizujemy kolejny protest, co chciałby Pan przekazać czytającym ten tekst. Jak pragnie Pan zachęcić do przyjścia na pikietę?

- Zawsze podziwiałem patriotyzm Polaków z Wileńszczyzny. Uważam, że ich patriotyzm jest taki żywy, wyostrzony, a nasz często tępy, uśpiony. Oni walczą o polskość, a my często zapominamy, co to jest polskość. Powinniśmy uczyć się patriotyzmu od Polaków żyjących na Kresach. I wspierać ich w ich walce. Właśnie udział w takiej pikiecie pod Ambasadą Litwy będzie nie tylko formą moralnego wsparcia dla nich, ale także dowodem na nasz patriotyzm. Bo Polska nie jest tylko tu, w granicach naszej ojczyzny, ale także w ich sercach. Dlatego musimy ich wspierać z całych sił, pokazywać, że jesteśmy z nimi i że są takimi samymi Polakami jak my, a różni ich od nas tylko to, że historia pozostawiła ich rodziny za wschodnią granicą obecnej Polski. Dlatego apeluję szczególnie do warszawiaków myślących patriotycznie, aby – jeśli tylko znajdą czas – znaleźli chęć i przyszli na pikietę. Nie wszystkim, którzy chcieliby przyjść, uda się przybyć, ale ważne jest, by było tyle osób, aby wszyscy – i w Polsce i na Wileńszczyźnie dowiedzieli się, że pamiętamy o nich i ich sprawach, że jesteśmy z nimi na dobre i na złe.

- Dziękuję za rozmowę.

Za: Polskie Kresy 25.03.2011