Logo Federacji Organizacji Kresowych
Logo Federacji Organizacji Kresowych
                                                                                     
Federacja Organizacji Kresowych
                                                                                     
Strona Główna              o nas              Oświadczenia               Federacja               Archiwum              Kontakt              Strony o kresach
Sprawy Ogólne                 Białoruś                 Litwa                 Ukraina
© Federacja Organizacji Kresowych
siedziba:
Krakowskie Przedmieście 64
00-322 Warszawa


Litwini są trudnym partnerem, ale wiarygodnym

Z prof. Andrzejem Stelmachowskim, prezesem Stowarzyszenia Wspólnota Polska, rozmawia Małgorzata Goss

Czy po okresie pewnego osłabienia kontaktów dwustronnych w stosunkach polsko-litewskich szykuje się "nowe otwarcie"?

- W tej chwili dla obu krajów jest rzeczą ważną, aby wykorzystać fundusze UE do realizacji wspólnych infrastrukturalnych projektów, jak Via Baltica, rozbudowa sieci kolejowej, a także - na czym bardzo zależy Litwinom - mostu energetycznego. Litwini chcą zmodernizować elektrownię atomową w Ignalinie, która została zbudowana według starych technologii sowieckich. Powstałyby wówczas duże nadwyżki energii i możliwości jej przesyłu do Polski i do Europy Zachodniej. Z drugiej strony, polityka bezpieczeństwa energetycznego jest przez polski rząd traktowana jako priorytetowa. Można przypuszczać, że współpraca przy projektach energetycznych i infrastrukturalnych będzie przedmiotem rozmów obu prezydentów.

A jak się Panu współpracuje z Litwinami?
- Współpraca z Litwinami układa się w sposób bardzo swoisty, to znaczy niezmiernie trudne są rokowania, ale kiedy już dojdzie do ustaleń, zwłaszcza do podpisania jakiejś umowy, to potem Litwini się tego trzymają, i na tym można budować. W przeciwieństwie do niektórych innych krajów, gdzie bardzo szybko podpisują umowę, ale potem ani myślą ją realizować. A zatem Litwini są partnerem trudnym, ale wiarygodnym.

Od lat wymieniane są stale te same problemy dotyczące Polaków na Litwie: zwrot ziemi, bolączki oświatowe, oryginalna pisownia imion i nazwisk. Przy okazji każdej wizyty padają ze strony litewskiej obietnice, że rozważą, przyspieszą, ale sprawy pozostają wciąż niezałatwione. Czy to zwlekanie nie jest przejawem celowej polityki ze strony litewskiej? Na przykład unikanie zwrotu ziemi ma zapewne na celu lituanizację Wilna i okolic, gdzie ludność polska stanowi większość.
- Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości! Oczywiście, że tak jest. Dotyczy to nie tylko Wilna, lecz także całej Wileńszczyzny. Ich niepokoi przewaga, zwłaszcza na wsi, żywiołu polskiego, i stąd próba osadnictwa litewskiego na tych terenach. Oczywiście my się bronimy, zwłaszcza że za nami stoi prawo europejskie.

Konwencja o Ochronie Mniejszości Narodowych i Etnicznych...
- Chodzi o to, aby nie robić zmian administracyjnych, nie wprowadzać takich przepisów i działań, które by zmieniały charakter regionów zamieszkałych przez mniejszość narodową. To jest sprawa, o którą musimy z uporem walczyć. Natomiast jeśli chodzi o pisownię imion i nazwisk, to oczywiście w kulturze europejskiej panuje zasada, że imiona i nazwiska pisze się tak, jak w danym kraju jest przyjęte. Natomiast jest właściwością języka litewskiego przedstawianie nazwisk w brzmieniu zlituanizowanym.

Co to oznacza?
- Podam przykład. Kiedy w czasie wojny, będąc chłopcem, mieszkałem na Litwie, na świadectwie szkolnym figurowałem jako "Stelmachauskas", chociaż nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, że nie jestem Litwinem. Mało tego, w komunikatach wojennych mówiło się "Hitleris", "Stalinas", chociaż nikt nie twierdził, że Hitler i Stalin są Litwinami. To właściwość języka litewskiego. Tutaj można walczyć o swoje prawa, ale nie można podnosić zarzutu, że jest to celowa dyskryminacja.

Czy tylko o to chodzi, gdy mowa o oryginalnym brzmieniu nazwisk?
- Jest jeszcze kwestia liternictwa: "sz", "cz" - czy to ma być pisane przez "cz" czy "c˘ ". Polacy chcieliby stosować liternictwo polskie. Litwini się tłumaczą, że to utrudnia im wystawianie dokumentów. Moim zdaniem, nie są to trudności nie do pokonania. Powtarzam jednak, że ten akurat problem nie ma charakteru dyskryminacyjno-politycznego. Inaczej niż przy blokowaniu zwrotu ziemi, gdzie element polityczny jest wiodący.

Czy Polakom chodzi o zwrot ziemi odebranej w czasach sowieckich, czy także o majątki zajęte jeszcze wcześniej przez litewskie władze kolaborujące z Niemcami?
- Chodzi o zwrot ziemi, która została w całości znacjonalizowana za czasów Związku Sowieckiego. Ustawodawstwo sowieckie wymagało, aby cała ziemia była własnością państwa. Oczywiście po odzyskaniu niepodległości Litwini natychmiast rozstali się z ustrojem kołchozowym. Ziemię bardzo szybko oddano w posiadanie tych, którzy ją uprawiali, natomiast nie doszło do regulacji własności na Wileńszczyźnie. Niektórzy podają, że tutaj zaledwie 7 proc. nieruchomości ma uregulowany status własnościowy, podczas gdy na Litwie etnicznej proces uwłaszczenia został już praktycznie zakończony. Tam pozostał tylko margines spraw niezałatwionych, a tutaj - większość. To powoduje trudności przy sprzedaży ziemi, przy dziedziczeniu i innych sprawach.

To wina dyskryminacyjnego prawodawstwa?
- Nie. Ustawa jest dobra, ale nie jest wykonywana. Blokują ją władze lokalne. Albo też dokonują zamian, np. komuś pod Kownem zabrano ziemię na cele publiczne, a rekompensatę przyznano mu pod Wilnem. Tak to wygląda. Tu nie można powiedzieć, że ustawodawstwo jest niewłaściwe. Tu praktyka jest dyskryminująca.

Docierają informacje, że nie tylko dyskryminująca, ale czasem przestępcza. Zdarza się, że urzędnicy sprzedają przestępcom dane osób, które posiadają dokumenty potwierdzające własność działek w Wilnie. Te osoby bywają potem nachodzone i terroryzowane przez bandytów, którzy żądają od nich odsprzedaży własności za symboliczną cenę.
- To są sprawy trudne do udowodnienia. Mimo wszystko nie sądzę, aby to zjawisko miało charakter masowy. Chodzi zapewne o pojedyncze przypadki.

Władze litewskie planują wprowadzenie reformy administracyjnej, która spowoduje rozbicie zwartości środowiska polskiego.
- Nie znam tych projektów, ale istnieje takie niebezpieczeństwo, np. sygnalizowano, że okręgi wyborcze wykrawano w ten sposób, aby łączyć w jednym okręgu miejscowości z większością litewską z tymi, gdzie jest większość polska. Takich praktyk zabrania wspomniana Konwencja o Ochronie Mniejszości Narodowych. Mam nadzieję, że okoliczność, iż Polacy mają swoich reprezentantów w Sejmie litewskim, a nade wszystko to, że mają reprezentantów w samorządach, sprawi, że jednak dadzą odpór tym pomysłom. Polacy posiadają większość w samorządach dwóch rejonów, nawet bywają czasem oskarżani o dyskryminowanie szkolnictwa litewskiego, co jest całkowitą nieprawdą. Starają się tylko podtrzymać szkolnictwo polskie.

Polacy mają także swoich przedstawicieli w obecnym mniejszościowym socjaldemokratycznym rządzie.
- A tak! Są w nim języczkiem u wagi, ze względu na duże rozdrobnienie partii politycznych na Litwie. Pod tym względem Litwini wykazują wiele cech podobnych do Polaków. Muszę powiedzieć, że było mi niezmiernie miło, kiedy będąc w Wilnie z panem prezydentem Kaczyńskim, mogłem uścisnąć dłoń i złożyć gratulacje nowemu wiceministrowi spraw zagranicznych, który jest Polakiem. To pan Jarosław Niewierowicz.

Tego jeszcze nie było.
- Nigdy nie było! I, rzecz znamienna, jest to człowiek po szkole polskiej na Litwie, po studiach wyższych w Polsce i po kilku latach służby w aparacie litewskiego MSZ, w tym po trzech latach w ambasadzie w Stanach Zjednoczonych. Młody, wszechstronnie wykształcony, znający języki. To jest przykład nowej inteligencji polskiej. Przez kilkadziesiąt lat była potworna luka: starą inteligencję albo wytępiono, albo wywieziono, albo zmuszono do repatriacji i w rezultacie Polacy w ogromnej większości byli bardzo słabo wykształceni. Pod tym względem tylko Cyganie byli w gorszej sytuacji. Teraz to się zmienia.

Między innymi dzięki działaniom Wspólnoty Polskiej, która zrobiła bardzo dużo dla kultury i oświaty polskiej na Litwie.
- Staramy się, jak możemy, zwłaszcza że po reformie oświaty na Litwie szkoły musiały uzyskać odpowiednie akredytacje w oparciu o pewne szczególne kryteria. Wymagało to doposażenia oraz remontu wielu szkół, czasem rozbudowy. Prowadziliśmy tę akcję, z pieniędzy senackich, przez kilka lat i kilkadziesiąt szkół zostało w ten sposób doposażonych lub rozbudowanych. Stypendia dla Polaków chcących studiować w Polsce przyznaje MEN, natomiast są pewne przypadki, gdy ktoś nie spełnia określonych warunków, i wtedy dajemy je od siebie. Jeśli zaś chodzi o młodych Polaków studiujących na Litwie - tam akcję stypendialną prowadzi fundacja Semper Polonia. W tej chwili finalizują się rozmowy ze stroną litewską na temat założenia w Wilnie dwóch wydziałów zamiejscowych Uniwersytetu w Białymstoku - Informatyki i Ekonomii. Uniwersytet miałby więc na Litwie swoją placówkę, która byłaby otwarta dla wszystkich, którzy chcieliby uczyć się w języku polskim.

Uniwersytet polski w Wilnie pozwoli utrzymać charakter tego miasta jako dwunarodowościowego.
- Nawet trójnarodowościowego, bo pamiętajmy o dużej grupie Rosjan mieszkających w Wilnie.

Jakich korzyści spodziewają się Polacy po udziale swoich przedstawicieli w rządzie?
- Polakom najbardziej zależało na tym, aby mieć stanowisko wiceministra w resorcie oświaty, bo tam utrzymuje się pewne napięcie.

Chodzi o pieniądze? O obowiązkową maturę z polskiego?
- Nie tylko. To sprawa systemowa. Na Wileńszczyźnie szkoły litewskie są na garnuszku organów administracji państwowej, a szkoły polskie - na garnuszku samorządów. I oczywiście są słabiej dotowane, bo samorządy są biedniejsze niż instytucje rządowe. W związku z tym budownictwo nowych szkół polskich praktycznie nie istnieje, za to jak grzyby po deszczu wyrastają szkoły litewskie, powodując umocnienie stanu posiadania Litwinów na tych terenach. Niestety, wejście do resortu oświaty Polakom się nie udało. Zależy im także na tym, aby wejść do władz wojewódzkich. Przez pewien czas wicewojewodą był Polak, pan Balcewicz. Teraz wicewojewodą okręgu wileńskiego został pan Olszewski.

Rząd Gediminasa Kirkilasa wpisał do programu sprawę zwrotu ziemi...
- Tak, to jest sprawa ogromnej wagi.

Czy postępy polszczyzny na Litwie idą w parze ze zmianą mentalności narodu litewskiego?
- Tak! Współczesne pojęcie narodu litewskiego ukształtowało się na przełomie XIX i XX wieku, w opozycji do polszczyzny. Poczucie zagrożenia przez kulturę polską było bardzo silne. Wiele późniejszych wydarzeń historycznych sprawiło, że konflikt ten się utrzymywał: gen. Żeligowski, którego nam Litwini nigdy nie mogli darować, cała sprawa Wilna, potem utarczki między AK a partyzantką litewską.

No i kolaboracja władz litewskich z Niemcami.
- Tego nie można zarzucić całemu narodowi litewskiemu. W Polsce mało znany jest fakt, że partyzantka antyniemiecka, a potem antysowiecka na Litwie była w czasie wojny bardzo silna i działała do lat 50. Kolaboranci oczywiście byli, ale nie można tego rozciągać na cały naród. Od dłuższego już czasu stosunek Litwinów do Polaków się zmienia: po pierwsze dlatego, że Litwini się przekonali, iż my nie chcemy zmiany granic, rewindykacji ich kosztem, po drugie - dostrzegli, że Polska naprawdę z zaangażowaniem wspierała ich dążenie do znalezienia się w strukturach euroatlantyckich, NATO i UE. Poza tym po stronie Polaków jest wiele zadawnionych sentymentów do tamtych ziem, do Litwinów jako takich. Miejscowi Polacy poczuli się równoprawnymi mieszkańcami Litwy, przestali się bać. Wydaje się, że można patrzeć w przyszłość z dużą dozą optymizmu.

Wypracowano modus vivendi między narodami?
- Na Litwie zachodziły silne procesy rusyfikacyjne. Pod koniec lat 80. sytuacja była bardzo niebezpieczna, Polakom groziła rusyfikacja. Litwinów, którzy usiłowali te procesy zahamować, połączył wspólny interes z Polakami. Dzięki temu mogło się rozwijać polskie szkolnictwo - chodziło o to, aby nie posyłali swoich dzieci do szkół rosyjskich, tylko polskich. W 1988 r. do szkół polskich uczęszczało zaledwie 8 tysięcy uczniów. Dziś jest to ok. 20 tysięcy. Stosunki na Litwie mogłyby być wzorem dla innych krajów, zwłaszcza dla Białorusi, gdzie położenie Polaków jest bardzo trudne. Na Wileńszczyźnie jest 116 szkół polskich, na Białorusi - zaledwie 2. Rejon solecznicki na Litwie graniczy z werenowskim na Białorusi. Po obu stronach granicy 83 proc. ludności stanowią Polacy. Po stronie litewskiej jest 39 polskich szkół i przedszkoli, po stronie białoruskiej - ani jednej. Życzyłbym sobie, aby na całej historycznej Wileńszczyźnie, przeciętej granicą, stosunki się kiedyś wyrównały.

Dziękuję za rozmowę.

"NASZ DZIENNIK" 29.09.2006 r., Nr 228