Logo Federacji Organizacji Kresowych
Logo Federacji Organizacji Kresowych
                                                                                     
Federacja Organizacji Kresowych
                                                                                     
Strona Główna              o nas              Oświadczenia               Federacja               Archiwum              Kontakt              Strony o kresach
Sprawy Ogólne                 Białoruś                 Litwa                 Ukraina
© Federacja Organizacji Kresowych
siedziba:
Krakowskie Przedmieście 64
00-322 Warszawa


Litwa kowieńska a Wileńszczyzna – paralele historyczne

„Wreszcie w maju (…) chadecja, dążąca do klarownych rozwiązań w dziedzinie mniejszościowej, a posiadająca w tym czasie już bezwzględną większość w Sejmie, wniosła pod obrady projekt nowelizacji ustawy o szkołach powszechnych. Projekt zakłada definitywne wprowadzenie języka litewskiego jako wykładowego w placówkach, w których znajdą się uczniowie narodowości litewskiej i wprowadzenie w pozostałych szkołach mniejszościowych obowiązkowego nauczania wybranych przedmiotów (oprócz języka również historii i geografii) po litewsku”.

Bez obaw. Wypisek ten nie jest, przynajmniej na razie, proroctwem najbliższych działań współrządzących konserwatystów skupionych wokół posła Gintarasa Songaily. Dotyczy on bowiem maja 1925 r. oraz terenów Litwy kowieńskiej. Czyli odległej przeszłości i historii, które jednak mogą okazać się, jeśli nie bliższym, to dalszym proroctwem dotyczącym dzisiejszej Wileńszczyzny.

Przytoczone zdanie pochodzi z pracy naukowej „Polacy w niepodległym państwie litewskim 1918-1940” (Białystok 1999) autorstwa znanego również Czytelnikom „Kuriera” Krzysztofa Buchowskiego. Studiując zawarte w książce oparte na faktach materiały, nie sposób pozbyć się odczucia braku czasu, gdyż opisywane wydarzenia na Kowieńszczyźnie okresu międzywojennego znajdują niemalże lustrzane odbicie we współczesnej historii Wileńszczyzny. Dotyczy to polsko-litewskich relacji zarówno politycznych, społecznych, gospodarczych oraz w szkolnictwie. Szczególnie w szkolnictwie.

„Autor poprawki, poseł Antanas Šmulkštys, uzasadniając konieczność jej przyjęcia argumentował, iż nikt nie zabrania mniejszościom narodowym posiadania własnych szkół, lecz „my, Litwini, chociaż niezręcznie o tym mówić, nie dopuścimy do tego, aby nasze dzieci były wynarodowione”, podaje autor pracy naukowej w rozdziale „Problemy oświaty” (s. 116).

W swojej pracy Krzysztof Buchowski zaznacza, że pretekst do zapoczątkowania polityki stopniowego ograniczania praw mniejszości narodowych, przede wszystkim Polaków, dało ogłoszenie wyników spisu ludności przeprowadzonego w 1923 roku. Spis wykazał, że jedynie 3,2 proc. mieszkańców Litwy to Polacy. Posługiwano się przy tym założeniem, iż większość Polaków na Litwie to „spolonizowani Litwini”. Dziś mamy rok 2009 i jeśli w tamtym okresie posłowi Drugiego Sejmu Antanasowi Šmulkštysowi było jeszcze „niezręcznie o tym mówić”, to dzisiejsi posłowie na Sejm nie mają oporów moralnych wobec takich stwierdzeń. Co więcej, mają za sobą opinię wybitnych znawców prawdy historycznej o „spolonizowanych Litwinach” w osobach profesorów Zigmasa Zinkevičiusa, Kazimierasa Garšvy, Alvydasa Butkusa, czy też idącego w ich ślady młodego historyka-polityka Tomasa Baranauskasa.

Toteż interpelacja z roku 1923 posła Rapolasa Skiptisa do ministra oświaty, o czym podaje autor pracy „Polacy w niepodległym państwie litewskim 1918-1940” (s.115), jakże swojsko zabrzmiałaby również w Sejmie 2009 roku z ust któregoś z posłów prawicy: „Czy wiadome jest panu ministrowi, iż w państwowych szkołach odbywa się polonizacja litewskich dzieci?”.

Pytanie to co roku sobie i ministrom zadają adoratorzy forsowania szkolnictwa litewskiego na Wileńszczyźnie, gdzie nawet oficjalne spisy ludności wciąż wykazują przeważającą liczbę ludności. Stąd też powielane bajki o „spolonizowanych Litwinach”, czy już w rzeczywistości podejmowane rozwiązania przykładem z Litwy kowieńskiej okresu międzywojennego, jak chociażby z impetem podejmowane co roku przez ministerstwo próby wprowadzenia w szkołach mniejszości narodowych nauczania przedmiotów w języku litewskim, czy też łączenie szkół, za czym mogą iść kolejne wzorce z przeszłości.

Praca Krzysztofa Buchowskiego przedstawia w świetle historycznych faktów determinację władz niepodległej Litwy w zwalczaniu polskiego szkolnictwa, mającego fundamentalne znaczenie dla egzystencji polskości. Z drugiej zaś strony ukazuje również czynniki samozachowawcze społeczeństwa polskiego w materii zachowania szkolnictwa, aczkolwiek, z różnych względów, również politycznych, umiejętnie podtrzymywane również finansowo przez Warszawę.

Jednym z takich czynników było niewątpliwie powołane w 1923, a zalegalizowane rok później Polskie Towarzystwo Kulturalno-Oświatowe „Pochodnia”, która w opinii autora pracy o Polakach w niepodległym państwie litewskim, była w istocie federacją zrzeszającą działające towarzystwa i stowarzyszenia oraz skupiającą niemal całość polskiego życia kulturalnego i oświatowego na Litwie. Jak podaje Buchowski, do 1937 roku (tuż przed wymuszoną przez władze reorganizacją) „Pochodnia” zrzeszała 22 organizacje skupiające około 3 tys. osób. Oprócz tworzenia prywatnych szkół polskich „Pochodnia” stawiała sobie za cel animowanie polskiego życia społecznego i kulturalnego, tworzenie polskich przedszkoli, świetlic, bibliotek, popieranie amatorskich grup teatralnych i innych inicjatyw polskiej społeczności.

Mimo to, konsekwentne działanie władz litewskich, oparte między innymi o założenia nowelizacji ustawy o szkolnictwie powszechnym, nie dawały większych szans na przetrwanie polskich szkół w Kownie, jak też w całej Litwie. Działania te były często wspomagane innymi kontrowersyjnymi posunięciami, jak też zwyczajną presją wobec rodziców czy ich zastraszaniem:

„Oburzenie ministra wzbudził fakt, iż niektórzy pracownicy instytucji państwowych posyłają dzieci do szkół dla mniejszości. Już w grudniu nakazano kierownikom tego typu placówek dostarczenie w ciągu kilku tygodni spisu uczniów wraz z informacjami o zawodzie rodziców, ich miejscu pracy, stanowisku służbowym itp. W rezultacie większość urzędników państwowych, bojąc się utraty posady, przeniosła swoje dzieci do szkół litewskich.” (…) Jednocześnie bezwzględnie wymagano, aby z placówek już istniejących usuwano dzieci zapisane jako litewskie, co z kolei mogło dać pretekst do zamknięcia szkoły z powodu braku odpowiedniej liczby uczniów”. (…) „Władze posuwały się nawet do zastraszania mieszkańców w miejscowościach, w których usiłowano uruchomić szkołę. Na przykład w Kiejdanach w marcu 1925 roku wszyscy uczestnicy organizacyjnego, w pełni legalnego zebrania „Pochodni” dostali wezwania na policję, tam zostali spisani, po czym zwolnieni bez słowa wyjaśnienia”.

Wobec takich działań władz niepodległej Litwy, polska społeczność na Kowieńszczyźnie stopniowo traciła swoje pozycje, mimo że według nieoficjalnych danych, tylko w samym Kownie, w okresie międzywojennym, Polacy stanowili około 30 proc. jego mieszkańców, a nie zaś niespełna 4 proc., jak wskazywały oficjalne statystyki. A władze w Warszawie udzielały, zresztą nie zawsze oficjalnie i zgodnie z prawem, mocnego wsparcia finansowego Polakom na Litwie – około 160 tys. dolarów amerykańskich, co wówczas było pokaźną kwotą.

To, czego nie zdążyły oficjalne czynniki Litwy międzywojennej, po wojnie dokonały sowieckie władze okupacyjne. Po wojnie w Kownie nie zostało polskich szkół, przedszkoli czy innych placówek oświatowych. Zresztą też niewielu Polaków pozostało.

- Dziś oficjalnie jest nas około 2 tysięcy – mówi „Kurierowi” Alina Pacowska, kierowniczka polskiego zespołu „Kotwica” z Kowna. Jej zdaniem, jest to wynikiem nie tylko oficjalnych działań poprzednich władz, lecz też naturalnego procesu asymilacji, jak też wielkich deportacji i repatriacji, które dotknęły Kowno w równej mierze, co Wilno.

Wielu Polaków przecież wyjechało po wojnie. Dziś zaś mamy dużo rodzin mieszanych, w których język polski zanika – tłumaczy Pacowska. – Przed wojną było zupełnie inaczej. Zresztą Polaków było znacznie więcej. Tylko w samym Kownie prawie 30 proc. Zresztą też w okolicy wielu mówiło po polsku, przecież Kiejdany, Wandziogała, to były polskie miejscowości. Były szkoły, gimnazja, bank polski, wydawnictwa „Chata Rodzinna”, „Dziennik Kowieński”, działało stowarzyszenie „Pochodnia”.

Po wojnie pustka. Dopiero w 1959 roku polskość zaczęła ponownie kiełkować w Kownie.
- Wtedy dzięki staraniom naszych rodziców zorganizowano kursy języka polskiego, które z ogromnym poświęceniem prowadziły Waleria Walkiewicz i Wanda Rzadkiewicz. Chociaż były to kursy dla dzieci, z biegiem czasu stały się też miejscem spotkań i wspólnego spędzenia czasu dla rodziców. Na bazie kursów powstał w 1961 roku Polski Zespół Amatorski, czyli dzisiejsza „Kotwica” – wspomina Alina Pacowska.

Wraz z odwilżą „pieriestrojki” i pierwszymi zrywami Litwinów do niepodległości, również Polacy w Kownie podjęli się nowych inicjatyw. W 1989 r. został powołany oddział Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego, które po roku przekształciło się w kowieński oddział Związku Polaków na Litwie.

- Tak i działamy do dziś. Mamy zespół, mamy szkółkę niedzielną, bibliotekę przy ZPL – mówi Pacowska. Przyznaje, że największym problemem jest brak młodzieży.

- To jest chyba największy problem. Wprawdzie dołącza do nas młodzież z Wilna, która studiuje na uczelniach kowieńskich, ale po ukończeniu studiów wraca do stron rodzinnych – wyjaśnia kierowniczka polskiego zespołu w Kownie.

W konfrontacji dzisiejszej sytuacji Polaków w Kownie z sytuacją Polaków wileńskich na tle znajdujących tu odbicie lustrzane faktów historycznych przedstawionych w pracy Krzysztofa Buchowskiego zarysowuje się wiele paraleli. Porównań mocno niebezpiecznych dla społeczności polskiej na Wileńszczyźnie, która podobnie jak przed wojną rodacy w Kownie, dziś w Wilnie zabiega o zachowanie swego szkolnictwa, aby nie spotkał go los „spolonizowanych Litwinów” w Litwie kowieńskiej.

***

I jeszcze tytułem uzupełnienia. Mimo kontrowersji wokół teorii „o polonizacji Litwinów”, jej zwolennikom należy przyznać pewną rację. Gdyż niektóre fakty świadczą kategorycznie o takim precedensie, ale nie w odległych czasach historycznych, lecz w najnowszej historii Litwy.

Kowieńscy Polacy wspominają bowiem, że w latach 70. ubiegłego stulecia na pograniczu z Litwą został w Polsce uruchomiony nadajnik, dzięki któremu cała zachodnia Litwa, włącznie z Kownem, mogła odbierać program telewizji polskiej. Było to ważnym wydarzeniem nie tylko dla spragnionych słowa polskiego kowieńskich Polaków, ale w równej mierze dla samych Litwinów.

- Była to zupełnie inna niż sowiecka telewizja, którą mogliśmy wtedy oglądać. Z Polski nadawano wiele ciekawych filmów, koncertów, ale też programów publicystycznych, które były inne niż w telewizji radzieckiej. Było to prawdziwe okno na świat. Wtedy też wielu Litwinów oglądało polskie programy i dzięki temu uczyło się języka polskiego. Pamiętam jeszcze ze studiów, że gdy z rana spotykaliśmy się z kolegami Litwinami, to omawialiśmy oglądane z wieczora programy w telewizji polskiej. Zawsze pytali, czy dobrze zrozumieli, o czym była w nich mowa. Popularna wśród Litwinów była też audycja „Lato z Radiem” – opowiada Alina Pacowska i dodaje, że z tego też powodu wielu kowieńskich Litwinów, wbrew pozorom, jeśli nie zna języka polskiego, to na pewno rozumie, chociaż może nie zawsze do tego się przyznaje…

Stanisław Tarasiewicz
"Kurier Wileński" ;20.03.2009 r.