Logo Federacji Organizacji Kresowych
Logo Federacji Organizacji Kresowych
                                                                                     
Federacja Organizacji Kresowych
                                                                                     
Strona Główna              o nas              Oświadczenia               Federacja               Archiwum              Kontakt              Strony o kresach
Sprawy Ogólne                 Białoruś                 Litwa                 Ukraina
© Federacja Organizacji Kresowych
siedziba:
Krakowskie Przedmieście 64
00-322 Warszawa


Kwestia polska, czyli jak się załatwia partnera strategicznego

Stanisław Tarasiewicz ·: „Kurier Wileński” : 15.01.2010 r.

Mimo że litewscy Polacy stale upominają się o swoje prawa, jak wynika z przedstawianych raportów, ich sytuacja prawna pogarsza się z roku na rok

Od początku roku litewska prasa oraz polskie media na Litwie związane blisko z otoczeniem premiera Andriusa Kubiliusa rozpoczęły głośną kampanię propagandową przedstawiając sprawę pisowni polskich nazwisk jako prawie już załatwioną.

I chociaż informacja dotyczy zaledwie tego, że rząd przygotował projekt ustawy deklaratywnej treści o pisowni nazwisk. Samą zaś pisownię będą reglamentowały akta wykonawcze przyjęte przez rządowych urzędników. Pomijając fakt, że jak dotychczas żaden z przygotowanych przez tychże urzędników projektów aktów wykonawczych (czy to dotyczący sprawy pisowni nazwisk, czy oświaty, czy też używania języka polskiego jako pomocniczego w instytucjach samorządowych na Wileńszczyźnie) nie spełniał oczekiwań polskiej mniejszości, można oczekiwać, że również w sprawie pisowni nazwisk przychylności nie będzie.

Już z samego założenia rządowego projektu ustawy wynika, że z prawa będzie mogła skorzystać nieliczna grupa litewskich Polaków. Projekt wprawdzie dopuszcza pisownię nazwisk w języku oryginalnym, ale wyłącznie na podstawie dokumentu źródłowego, jaki litewski Polak będzie musiał przedstawić urzędnikowi. Powstaje zasadnicze pytanie, jak wielu Polaków ma w posiadaniu owy dokument źródłowy?

Można jednak spodziewać się, że w sprawie pisowni nazwisk litewska strona dłużej nie będzie już zwodziła polską mniejszość i swoich partnerów strategicznych w Warszawie. Urzędnicy przygotowujący akta wykonawcze chyba będą na tyle wyrozumiali, iż uznają za dokument źródłowy zwyczajne świadectwa chrztu wystawione przez miejscowego proboszcza, w których nazwiska Polaków zapisywane najczęściej są po polsku (przynajmniej były). Jak bowiem powiedział nam jeden z litewskich komentatorów, że robiąc dwa kroki naprzód i jeden wstecz litewska strona od ponad 15 lat igra sprawą pisowni nazwisk, gdyż jest ona wdzięcznym materiałem przetargowym w relacjach z polskimi partnerami oraz wywołuje duży rezonans w mediach, co sprawia też wrażenie, że sprawa jednak nie stoi w miejscu i coś wokół tych nazwisk się robi.

— Nie wykluczam nawet, że w końcu sprawa pisowni nazwisk zostanie załatwiona po myśli Polaków, bo faktycznie nie kosztuje ona wiele wysiłku ani pieniędzy i najważniejsze, że jest do zaakceptowania przez narodowców, gdyż podobna ustawa obowiązywała w przedwojennej Litwie — wyjaśnia nam litewski kolega dziennikarz znający zakulisowe rozgrywki litewskich polityków.

Na potwierdzenie racji naszego rozmówcy należy przypomnieć słowa byłego wicemarszałka polskiego Sejmu, a obecnie europosła Jarosława Kalinowskiego. Przed prawie dwoma laty doczekał się on od litewskich partnerów propozycji załatwienia sprawy pisowni nazwisk w zamian za większe zaangażowanie się polskiej strony we wspólne projekty energetyczne, głównie w budowę łączy energetycznych między Litwą a Polską. Świadczy to o tym, że litewskim władzom (niezależnie od ich opcji politycznej) wcale nie stanowi problemu załatwienie sprawy pisowni nazwisk. A o czym może świadczyć propozycja złożona dwa lata temu Jarosławowi Kalinowskiemu, czy chociażby zapewnienia sprzed 1,5 roku ówczesnego marszałka Sejmu Česlovasa Juršenasa, że „pisownia nazwisk zostanie załatwiona jeszcze w tej kadencji”, czyli do końca 2008 roku.

Polacy na Litwie stanowią nie tylko największą mniejszość narodową, ale też najbardziej zorganizowaną

Ale jeszcze wcześniej, w czerwcu 2002 roku ówczesny premier Algirdas Brazauskas zaproponował, aby polskie nazwiska były pisane w litewskich dokumentach po polsku, jednak w nawiasach i obok litewskiej transkrypcji. We wrześniu miało wtedy nawet dojść do podpisania odpowiedniego porozumienia dwustronnego (jeszcze jednego!), jednak premier Brazauskas w ostatniej chwili zrezygnował z wizyty w Warszawie, a o jego propozycji zapomniano na długie lata.
Propozycja Brazauskasa wtedy oraz targowanie się z Kalinowskim przed dwoma laty, czy obietnice Juršenasa sprzed półtora roku i wreszcie obecny projekt rządu Kubiliusa (już nie wspominając o wielokrotnych zapewnieniach i deklaracjach prezydentów Valdasa Adamkusa i Dali Grybauskaite) dobitnie świadczą, że rozwiązanie sprawy pisowni nazwisk nie wiąże się z kwestią prawną nawet mimo dwóch negatywnych orzeczeń Sądu Konstytucyjnego, a jest wyłącznie sprawą polityczną, a raczej kartą przetargową lub zasłoną dymną w strategicznych rozgrywkach politycznych oficjalnego Wilna.

Co więc stoi za tą zasłoną dymną, skoro dziś puszczono ją ze zdwojoną siłą używając do tego również polskie media na Litwie, niech nawet blisko związane z otoczeniem litewskiego premiera?

Jak niejednokrotnie publicznie wypowiadali się polscy parlamentarzyści oraz ludzie z otoczenia prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wałkowana z roku na rok sprawa pisowni nazwisk często przyćmiewa sprawy znacznie bardziej ważniejsze dla litewskich Polaków. A chodzi tu głównie o restytucję praw majątkowych litewskich Polaków oraz o polskie szkolnictwo.

Z naszych obserwacji wynika, że te dwie sprawy mogą być również załatwione razem z nazwiskami w ciągu najbliższego roku, ale w tym przypadku bynajmniej nie po myśli polskiej mniejszości na Litwie.

W odróżnieniu bowiem od pisowni nazwisk te dwie sprawy — zwrot ziemi i szkolnictwo (jest jeszcze trzecia — polskie nazewnictwo ulic i miejscowości, ale tę sprawę wydaje się już załatwiono nakazami sądowymi usunięcia tablic z polskimi nazwami) — są sprzeczne z ogólnopolityczną koncepcją depolonizacji Wileńszczyzny, do czego w swoim czasie w liście do towarzyszy partyjnych namawiał patriarcha konserwatystów prof. Vytautas Landsbergis, apelując o zwarcie szeregów i dokonanie „historycznego zwycięstwa” nad Polakami na Wileńszczyźnie. I choć profesor miał na myśli głównie politycznego rywala w postaci Akcji Wyborczej Polaków na Litwie, jednak sformułowanie „nad Polakami” w tym miejscu, wydaje się, jest nieprzypadkowe.

Pomijając stronę finansową restytucji mienia oraz szkolnictwa skupmy się na stronie politycznej, chociaż relacje majątkowo-prawne i oświatowe, wydaje się, nie mają nic wspólnego z polityką.

Ale nie na Litwie, a tym bardziej na Wileńszczyźnie.

Na wstępie jednak należy wspomnieć jeszcze o jednym ważnym aspekcie. A mianowicie o tym, że z dniem 1 stycznia 2010 roku wygasła Ustawa o mniejszościach narodowych, która w bardzo ułomny i zazwyczaj nierespektowany przez władze centralne sposób, ale dawała mniejszościom narodowym pewne gwarancje. Zwłaszcza w zakresie szkolnictwa i używania języków mniejszości narodowych. Bez tej ustawy dzisiejsze spory o polskie nazewnictwo chociażby ulic traci podstawę prawną, bo jedyne, na co Polacy walczący o polskie tablice mogą dziś się opierać, to międzynarodowe akta prawne, głównie tzw. Konwencja Ramowa oraz Traktat polsko-litewski. Obydwie strony sporu zdają jednak sprawę, że te międzynarodowe dokumenty mają bardziej charakter deklaratywny(przynajmniej dla władz i sądów w Wilnie) i nie mogą być skutecznie wyegzekwowane. Być może dlatego litewscy Polacy, mimo zapowiedzi, nie śpieszą z pozwami do Strasburga, a litewskie władze konsekwentnie z uporem realizują politykę depolonizacji Wileńszczyzny. Co bez ustawy o mniejszościach narodowych pójdzie znacznie łatwiej. Zresztą w Wilnie nikt nie ukrywa, że ustawa ta, przyjęta wprawdzie tuż przed upadkiem systemu sowieckiego, pozostawała dziś zbędnym balastem prawnym, którego jeszcze do niedawna termin ważności prolongowano z roku na rok. Tym razem, przed upływem kolejnego terminu, nikt nawet nie próbował jego przedłużyć.

— Była to jedna z dwóch ustaw obowiązujących na Litwie jeszcze z okresu sowieckiego, więc czas najwyższy, by przestała ona istnieć. Wygasł jej termin ważności. Poza tym, miała ona raczej charakter deklaratywny i tak naprawdę była potrzebna do funkcjonowania Departamentu Mniejszości Narodowych i Wychodźstwa. A ponieważ Departament został zlikwidowany, a jego funkcje przejęły odpowiednio resorty spraw zagranicznych oraz kultury, więc nie było większej potrzeby przedłużania terminu ważności tej ustawy — tłumaczy nam poseł Arminas Lydeka, przewodniczący Sejmowego Komitetu Praw Człowieka. Zauważa przy tym, że brak ustawy o mniejszościach narodowych może przyśpieszy proces przyjęcia nowej, której projekt jest wałkowany w Sejmie już od wielu lat.

— Projekt ten po kolejnych poprawkach zostanie przedstawiony na głosowanie w podczas wiosenno-letniej sesji parlamentarnej — informuje nas przewodniczący Komitetu. Na marginesie jednak mówi, że sam nie wierzy, aby ta ustawa została przyjęta w tym roku, jeśli nawet kiedykolwiek…

— Mieliśmy ponad 130 zgłoszonych poprawek do projektu tej ustawy. Należy oczekiwać, że dojdą kolejne, gdy projekt będzie omawiany w Sejmie. Wywołane to jest głównie tym, że z tego projektu niezadowoleni są przedstawiciele mniejszości narodowych, głównie Polacy z jednej strony, a z drugiej zaś niezadowolenie wykazują narodowcy. Trzeba więc szukać kompromisu, ale w tym przypadku nie jest to łatwe — tłumaczy poseł Lydeka. Jego zdaniem nic też strasznego nie wydarzy się, jeśli ustawa w ogóle nie zostanie przyjęta.

— Przecież mamy międzynarodowe akta reglamentujące prawa mniejszości narodowych. Są one częścią składową litewskiego systemu prawnego, więc na pewno prawa mniejszości nie pozostają bez gwarancji — mówi szef Sejmowego Komitetu Praw Człowieka.

Również przewodnicząca Sejmu Irena Degutiene jest zdania, że ustawa o mniejszościach narodowych jest zbędna wobec obowiązujących na Litwie porozumień międzynarodowych.

Obowiązujących, ale czy respektowanych? Sprzeczne z międzynarodowymi porozumieniami rozwiązanie sprawy polskich nazw ulic świadczy jednak, że nie.

Czy wobec tego należy Polakom na Litwie obawiać się również negatywnych decyzji również w sprawie restytucji mienia oraz oświaty? Wygląda na to, że tak. A podstaw do tego jest kilka.

W sprawach szkolnictwa zagrożenie polskiej oświacie przedstawia przygotowywana od dłuższego czasu nowa ustawa o oświacie, która ma zreformować obecny system szkolnictwa, ale największe zmiany (czyt. spustoszenia) może poczynić w szkolnictwie polskim.

Chociaż na Litwie mniejszości narodowe stanowią około 20 proc. ludności, oficjalne Wilno lansuje ideę budowania państwa narodowego, w którym hasło „Litwa dla Litwinów” uznano za poprawne prawnie.

— Nowy projekt zakłada likwidację szkół średnich. Przewiduje on, że będą gimnazja, szkoły podstawowe 10-letnie, progimnazja od 5 do 8 klasy oraz podstawówki. Jak widać w systemie nie zostało miejsca dla szkół średnich. Będą one musiały ubiegać się o status gimnazjum albo degradować do szkoły podstawowej, czy też progimnazjum. Problem polega jednak na tym, że ustawa nie zna pojęcia szkoły mniejszości narodowych i stawia tym szkołom takie same wymagania jak szkołom litewskim. Wobec tego szczególnie są zagrożone polskie szkoły średnie na Wileńszczyźnie, które często nie mogą spełnić ogólnych wymagań, głównie posiadania dwóch równoległych klas w starszym pionie. Miejskie szkoły natomiast będą miały inny problem, bo jeśli spełnią warunki akredytacji gimnazjum, to ustawa nie przewiduje możliwości pod jednym dachem istnienia gimnazjum i progimnazjum, czy też szkoły podstawowej. Dokąd więc będą musiały pójść dzieci z młodszych klas?

— Projekt ustawy jest więc nieprzemyślany, zresztą i niepotrzebny — stwierdza w rozmowie z „Kurierem” Józef Kwiatkowski, prezes Stowarzyszenia Nauczycieli Szkół Polskich na Litwie „Macierz Szkolna”. Zaznacza on przy tym, że mimo iż projekt nie jest nawet zaakceptowany przez ministerstwo, to np. samorządowe władze Wilna nadgorliwie śpieszą z wdrażaniem nowości w stołeczny system szkolnictwa, a urzędnicy z resortu oświaty naciskają na podwileńskie samorządy, żeby śpieszyły z wprowadzaniem zmian jeszcze przed przejęciem ustawy.

— Stawiamy pytanie, a po co śpieszyć, jeśli jeszcze nie jest znana końcowa forma ustawy? — mówi prezes „Macierzy Szkolnej”. Faktycznie, chociaż plany zakładają, że reforma zacznie obowiązywać już od następnego roku szkolnego, ale jak się okazuje, w ministerstwie dopiero niedawno powołano kolejną grupę roboczą, która ma na nowo przygotować projekt ustawy. W jakim kierunku pójdą przygotowania, można jedynie się domyślać, bowiem do złożonej z urzędników różnych resortów grupy roboczej nie zaproszono ani jednego przedstawiciela mniejszości narodowych. Polskie organizacje o pracy grupy dowiedziały się prawie przypadkowo i teraz aktywnie przygotowują swoje propozycje. Jak zauważa prezes Kwiatkowski, znowu te same, jakie już nieraz były składane przy pracach wcześniejszych grup roboczych. Są to zresztą nie propozycje, a raczej pilnowanie, aby kolejna grupa robocza nie przeforsowała niekorzystnych zmian dla szkolnictwa polskiego, co zresztą raz za razem jest robione.

— Chodzi głównie o sławetny paragraf 29, który zakłada wprowadzanie w szkołach polskich nauczania przedmiotów po litewsku. Już wcześniej przedstawiliśmy swoje argumenty poparte opiniami ze szkół, jak też wynikami nauczania i wydaje się, że było już zrozumienie po tamtej stronie. Ale znowu jest nowa grupa robocza i znowu trzeba przedstawiać wciąż te same argumenty i ponownie tłumaczyć — mówi Józef Kwiatkowski. Zauważa przy tym, że nie tylko zmiany w samej ustawie niosą zagrożenie dla szkolnictwa polskiego, ale też dokumenty wykonawcze, które reglamentują warunki akredytacji gimnazjów, kompletowania klas i nakładają inne obowiązki na szkoły mniejszości narodowych na równi ze szkołami litewskimi.

Prezes Kwiatkowski uważa jednak, że mimo presji i mataniny oraz częstych zmian ustawodawstwa reglamentującego szkolnictwo Polacy nie muszą poddawać się i wciąż powinni walczyć o swoje szkoły, których liczba i tak z roku na rok z natury rzeczy się zmniejsza, jak też liczba uczniów w nich.
Według ostatnich danych obecnie stan posiadania polskiego szkolnictwa stanowią nieco ponad 110 szkół, z czego 42 są średnie i 40 podstawowe. Uczy się w tych szkołach ogółem około 16 tys. uczniów.

— Po proponowanej reformie szkolnictwa liczba tych szkół na pewno się zmniejszy w następnym roku i później. Trudno dziś ocenić, o ile będzie ich mniej, ale możemy stracić nawet do 20 procent — zauważa Józef Kwiatkowski.

Jego zdaniem sytuację mogłoby uratować nadanie szkołom statutu placówek mniejszości narodowych. Zauważa zresztą, że jeszcze w 2002 roku ministerstwo zatwierdziło Założenia Oświaty Mniejszości Narodowych, które mogłyby stanowić podstawę prawną szkołom mniejszości narodowych. Jednak Założenia opierały się głównie na nieobowiązującej już Ustawie o mniejszościach narodowych, które gwarantowało mniejszościom nauczanie w języku ojczystym od klas początkowych do klas gimnazjalnych. Dziś żadna z ustaw tego już nie gwarantuje, a Założenia, jako oparte na nieistniejącej już ustawie, są dziś nic niewarte. Wciąż warta jednak pozostaje ziemia — ojcowizna miejscowych Polaków, którą jednak większość ich nie może odzyskać, chociaż od uzyskania przez Litwę niepodległości i powrotu do państwa prawa minęło już 20 lat. Jak zauważa polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych w swoim Raporcie o sytuacji Polonii i Polaków za granicą w 2009 roku, „dla wielu Polaków mieszkających na Litwie zwrot należnej im ziemi to kwestia najważniejsza. Stan obecny powoduje bowiem ekonomiczno-społeczną degradację Wileńszczyzny i jej polskich mieszkańców”.

O tym widocznie od dawna wiedziały władze w Wilnie, dlatego z takim uporem nie tylko nie zwracały miejscowym Polakom należnej im ojcowizny, ale też wymyślili niespotykaną w skali światowej praktykę przenoszenia nieruchomości z jednego końca kraju na drugi. W ciągu 20 lat niepodległości najwięcej ziemi na Wileńszczyźnie odzyskali nie miejscowi Polacy, ale mieszkańcy przybyli z innych miast i regionów Litwy. Wymyślono cyniczną, ale bardzo prostą, „sprawiedliwą” zasadę — za ar dobrej gleby pod Poswolem otrzymujesz kilka arów nieurobów pod Wilnem.

Przy tym cena rynkowa ziemi, czasami z różnicą kilkadziesiąt, a nieraz kilkaset(!) razy nie na korzyść tej spod Poswola, nie była brana pod uwagę w tych przenosinach.

Wobec tego ziemia byłych właścicieli w Wilnie i na Wileńszczyźnie, w większości Polaków, stawała się własnością obcych ludzi przybyłych na te tereny. Ten proces zresztą trwa do dziś, choć już nie na taką skalę, jak wcześniej, bo po prostu brakuje już ziemi również dla przybyszów. Oficjalne władze nie chcą przyznać, że proces restytucji ziemi jest krzywdzący głównie wobec Polaków. Twierdzą, że wysoka wartość rynkowa ziemi w Wilnie i wokół miasta zachęca różnych aferzystów do robienia przekrętów, co utrudnia proces zwrotu ziemi. Niemniej, nie pomniejsza to faktu, że w wyniku i tak najbardziej pokrzywdzonym pozostaje miejscowy Polak. Żeby nie tylko nie oddać mu ziemi, ale też nie dopuścić do jej przydzielania w 90. latach wymyślono kolejny przekręt, a mianowicie przekazano opiekę nad restytucją praw własności ziemi powiatom podporządkowanym władzy centralnej, a nie samorządom. Po dojściu do władzy przed rokiem konserwatystów zapowiedzieli oni, że powiaty zostaną zlikwidowane. U miejscowych Polaków pojawiła się iskierka nadziei, że sprawy zwrotu ziemi zostaną przekazane samorządom, na Wileńszczyźnie kontrolowanym głównie również przez Polaków.

Nadzieja, jak się okazuje, nie tylko umiera ostatnia, ale też bywa przedwczesna. Rząd rozważa bowiem możliwość przekazania spraw zwrotu ziemi w rejonach nie samorządom lokalnym, lecz Narodowej Służbie Ziemskiej, której nazwa być może zostanie zmodyfikowana. W założeniach rządowych przywiduje się, że jak wcześniej powiat, tak od połowy tego roku Narodowa Służba będzie decydowała o zwrocie ziemi. Samorządom rejonowym pozostanie tylko „przywilej” formowania planów wolnych działek do zwrotu, ale komu — o tym zadecydują w Służbie.

— Taka propozycja jest nie tylko krzywdzącą wobec samorządów, ale też nielogiczna z prawnego punktu widzenia. Bo w przypadku chociażby kwestii spornych do sądu będzie pozywany naczelnik Służby, aczkolwiek on tylko podejmuje decyzję o zwrocie, a nie o kształcie przedmiotu sporu, czyli sformowanej przez samorządowe służby parceli — mówi nam Grzegorz Sakson, prezes Stowarzyszenia Prawników Polaków na Litwie. Jego stowarzyszenie, dzięki wsparciu finansowemu z Polski, od lat udziela miejscowym Polakom nieodpłatnej pomocy prawnej przy zwrocie ziemi. Jak przyznaje prezes Sakson, potrzebujących takiej pomocy wciąż jest wielu. Świadczą o tym również dane z procesu zwrotu ziemi. Jak wynika z nich, do 1 grudnia 2009 roku w Wilnie ziemię zwrócono niespełna 14 proc. byłym właścicielom. Znacznie więcej w rejonie wileńskim, bo prawie 80 proc. Ale jak zauważa Grzegorz Sakson, nawet te dane nie są precyzyjne, gdyż zwierają też informację o przeniesieniu ziemi. Dlatego w rzeczy samej liczba prawowitych właścicieli, czyli miejscowych mieszkańców, którzy otrzymali swoją ojcowiznę, jest jeszcze mniejsza niż wskazują dane statystyczne. Czy będzie ich więcej? Wątpliwie. Chociażby dlatego, że wolnej ziemi faktycznie już prawie nie pozostało i z każdym dniem jest jej coraz mniej. Pretendenci mogą oczywiście odebrać rekompensatę w postaci pieniędzy, papierów wartościowych, czy też zadłużenia państwa wobec obywatela. Niemniej proponowane rekompensaty najczęściej nie przedstawiają realnej wartości ziemi. Wszystko wskazuje jednak na to, że większości jej właścicieli, głównie z Wilna nie dane już będzie poznać tej wartości.

Całą przedstawioną sytuację najlepiej podsumował jeden z mieszkańców Wilna, który od prawie 20 lat walczy o odzyskanie swej ojcowizny. Zauważył on w tym kontekście, że „niebawem Polacy na Litwie zostaną bez ziemi, szkół i języka, a najwyżej z polskim nazwiskiem w litewskim paszporcie”.

© 2010 Kurier Wileński.