Logo Federacji Organizacji Kresowych
Logo Federacji Organizacji Kresowych
                                                                                     
Federacja Organizacji Kresowych
                                                                                     
Strona Główna              o nas              Oświadczenia               Federacja               Archiwum              Kontakt              Strony o kresach
Sprawy Ogólne                 Białoruś                 Litwa                 Ukraina
© Federacja Organizacji Kresowych
siedziba:
Krakowskie Przedmieście 64
00-322 Warszawa




Traktat polsko - litewski a mniejszość polska na Litwie
01 marca 2010 11:24 Adam Chajewski


Tak naprawdę poniższy tekst powinien być zatytułowany: Traktat polsko-litewski a większość polska na Wileńszczyźnie, ponieważ odnosi się nie do sytuacji Polaków na Litwie, gdzie są oni mniejszością, ale do sytuacji Polaków na Wileńszczyźnie litewskiej gdzie zamieszkują zwarty obszar i stanowią większość. Na obrzeżach tego obszaru oraz na terenach Litwy przedwojennej, gdzie jest co najmniej kilka kilkutysięcznych wysp polskich (w tym gmina jawniuńska gdzie Polacy stanowią większość) porównywalnych z wyspą litewską w Polsce w okolicach Puńska (około 6 tysięcy Litwinów) Polacy, wbrew zapisom Traktatu polsko-litewskiego, dysponują bardzo ograniczonymi prawami. Owszem, mogą tworzyć oddziały Związku Polaków, głosować w wyborach na Akcję Wyborczą Polaków na Litwie. Poza tym mają jeszcze kilka zespołów folklorystycznych i jedną szkołę. Znajdują się więc w znacznie gorszej sytuacji niż Polacy na Wileńszczyźnie, o Litwinach w Puńsku nawet nie wspominając.

„W dniu 26 kwietnia 1994 r. został sporządzony w Wilnie Traktat między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Litewską o przyjaznych stosunkach i dobrosąsiedzkiej współpracy” – przynajmniej tak napisano w polskim Dzienniku Ustaw (nr 15, pozycja 71) z dnia 20 lutego 1995 roku.
Faktycznie, 26 kwietnia 1994 roku, w Wilnie prezydenci Rzeczypospolitej Polskiej i Republiki Litewskiej – Lech Wałęsa i Algirdas Brazauskas – Traktat podpisali, natomiast jego sporządzanie zajęło nieco więcej czasu. Rozmowy sondażowe, odnośnie jego postanowień, były prowadzone przez cały rok 1992, faktycznie w tajemnicy przed opinią publiczną obu krajów. Dopiero 7 stycznia 1993 roku premierzy Polski i Litwy – Hanna Suchocka i Bronislovas Lubys, w trakcie rozmów w Wigrach, uzgodnili podstawowe założenia traktatu. Już 13 stycznia 1993 roku polskie MSZ przekazało stronie litewskiej polski jego projekt.
Uzgodnienia z 7 stycznia 1993 roku okazały się jednak uzgodnione nie tak do końca, skoro ostateczny tekst Traktatu ustalono dopiero 22 lutego 1994 roku, a więc po upływie ponad roku i po pięciu rundach rokowań. Był to rezultat odmiennego podejścia do wzajemnych stosunków czynników oficjalnych polskich i litewskich.
Podejście to scharakteryzowałem w referacie Polityka polska wobec Litwy w latach 1989-1994 (wygłoszonym 18.09.1995 w Lublinie podczas sesji naukowej Polityka wschodnia III Rzeczypospolitej w latach 1989-1995 zorganizowanej przez Ośrodek Wschodni Stowarzyszenia Civitas Christiana i Towarzystwo Przyjaciół Krzemieńca i Ziemi Wołyńsko-Podolskiej a opublikowanym w „Arcanach”) następująco:
Polska polityka wobec Litwy była realizowana tak, jakby oba jej podmioty — Polska i Litwa — pojawiły się w roku 1989 z niebytu i swoje stosunki układały po raz pierwszy, i tylko nie wiadomo, skąd wzięła się, tak te stosunki komplikująca, większość polska wokół Wilna.
Otóż jest to założenie fałszywe. Nie wolno przecież w realnej polityce ignorować zaszłości, całego kompleksu problemów wynikłych zarówno (użyję tu określenia przewodniczącego uniwersyteckiego Klubu na Rzecz Europy Środkowo-Wschodniej, Jerzego Słowikowskiego) z udanej secesji Litwinów z Rzeczypospolitej Obojga Narodów jak i z wydarzeń sprzed lat 50., które symbolicznie nazywamy Czwartym Rozbiorem Polski.
Drugi kontrahent – Litwa – oczywiście o przeszłości nie zapomina. Poza antypolskim kompleksem dwie tezy odziedziczone z tradycji litewskiego nacjonalizmu wywierają przemożny wpływ na jej politykę. Pierwsza to założenie o okupacji Litwy Południowo-Wschodniej (Wileńszczyzny) przed wojną przez Polskę, druga to twierdzenie, że na Litwie nie ma Polaków, są natomiast spolonizowani Litwini, których należy przywrócić litewskości. I wobec tego żadne prawa narodowe, utrzymujące ich w polskości nie są im ani potrzebne, ani im się nie należą.
Również Polacy wileńscy nie zapominają: i tego, że przed wojną stanowili na Wileńszczyźnie większość; i tego, że o losach swej małej ojczyzny rozstrzygnęli wtedy — w wolnych wyborach: i tego, że w ostatnim osiemdziesięcioleciu — przy prawie dwudziestu zmianach administracji państwowych lub okupacyjnych – był to pierwszy i zarazem ostatni raz, kiedy sami stanowili o sobie; i tego, że zostali poddani czystkom etnicznym, eksterminacji, kolonizacji i wreszcie procesom wynaradawiania; i że niemały udział w tym wszystkim mieli Litwini.
Problemy z uzgodnieniem tekstu traktatu wynikały z dążeń strony litewskiej, która domagała się zamieszczenia w tekście umowy m.in. potępienia „agresji generała Żeligowskiego” oraz „polskiej okupacji Wileńszczyzny” w okresie międzywojennym. Z kolei środowiska kresowe w Polsce, w szczególności Obywatelski Komitet Obrony Polaków na Wileńszczyźnie (OKOP) oraz Federacja Organizacji Kresowych (FOK), zdecydowanie sprzeciwiały się potępianiu w jakiejkolwiek formie polskiej obecności na Wileńszczyźnie w dwudziestoleciu międzywojennym.
Uzgodniony w V rundzie rokowań ostateczny tekst traktatu nie zawierał żadnych odniesień historycznych, Trzeba zauważyć, że strona polska, także społeczna, dała sobie narzucić pole dyskusji. Strona polska nie podnosiła, że Wileńszczyzna weszła w skład Polski międzywojennej na podstawie suwerennej decyzji podjętej przez jej mieszkańców w wolnych wyborach, i że znalazła się w składzie Litwy w rezultacie jawnych gwałtów symbolizowanych przez nazwiska Hitlera, Stalina, Ribbentropa, Mołotowa, Churchilla i Roosevelta.
„Polska i Litwa podają sobie dziś dłonie” — powiedział podpisując traktat polski Prezydent, zaś jego podpisanie nazwał „spełnieniem oczekiwań wielu milionów Polaków i Litwinów, którzy chcą zgody, przyjaźni i współpracy”. Prezydent Brazauskas oświadczył natomiast, „że Wilno i Ziemia Wileńska w latach międzywojennych należały do Polski tylko faktycznie a nie z tytułu prawa” i „że w październiku 1939 roku Litwa prawnie odzyskała Wilno z otaczającym go terytorium”.
Według profesora Ryszarda Szawłowskiego, specjalisty prawa międzynarodowego, wystąpienie litewskiego Prezydenta można interpretować jako zgłoszenie do treści traktatu ustnego zastrzeżenia, zaś brak reakcji Prezydenta polskiego jako tego zastrzeżenia akceptację, co na razie nie miało dalekosiężnych następstw.

***

Podpisany w Wilnie Traktat, w 27 artykułach reguluje wzajemne stosunki. Problematyka mniejszości narodowych poruszana jest w kilku artykułach, zaś kwestia przynależnych im praw wyczerpuje treść przede wszystkim dwóch artykułów: 14 i 15.
Mniejszości – polska i litewska – mają w obu krajach, zgodnie z artykułem 14 traktatu w szczególności prawo do:
– swobodnego posługiwania się językiem mniejszości narodowej w życiu prywatnym i publicznie,
– dostępu do informacji w tym języku, jej rozpowszechniania i wymiany oraz posiadania własnych środków masowego przekazu,
– uczenia się języka swojej mniejszości narodowej i pobierania nauki w tym języku,
– zgodnego z prawem krajowym zakładania i utrzymywania własnych instytucji, organizacji lub stowarzyszeń, w szczególności kulturalnych, religijnych i oświatowych, w tym szkół wszystkich szczebli, które mogą się ubiegać o dobrowolne wkłady finansowe i inne, z kraju i z zagranicy, jak również o pomoc publiczną, oraz uczestniczenia w międzynarodowych organizacjach pozarządowych,
– wyznawania i praktykowania swojej religii, w tym nabywania, posiadania i wykorzystywania materiałów religijnych oraz prowadzenia oświatowej działalności religijnej w języku mniejszości narodowej,
– ustanawiania i utrzymywania nie zakłóconych kontaktów między sobą w obrębie swego kraju, jak również kontaktów poprzez granicę z obywatelami innych państw, z którymi łączy ich wspólne pochodzenie narodowe,
– używania swych imion i nazwisk w brzmieniu języka mniejszości narodowej; szczegółowe regulacje dotyczące pisowni imion i nazwisk zostaną określone w odrębnej umowie,
– uczestniczenia w życiu publicznym bezpośrednio lub za pośrednictwem swobodnie wybranych przedstawicieli na szczeblu władz państwowych i lokalnych oraz dopuszczenia do służby publicznej na równi z innymi obywatelami. Dodatkowo, w artykule 15 obie „układające się Strony” zobowiązały się, że „będą na swych terytoriach chroniły tożsamość narodową, kulturową, językową i religijną osób wymienionych w artykule 13 ustęp 2 (mniejszości narodowych – A.Ch.) oraz tworzyły warunki jej rozwijania”, a „strony w szczególności”:
– rozważą dopuszczenie używania języków mniejszości narodowych przed swymi urzędami, szczególnie zaś w tych jednostkach administracyjno-terytorialnych, w których dużą część ludności stanowi mniejszość narodowa,
– zapewnią mniejszościom narodowym dostęp do publicznych środków masowego przekazu,
– zapewnią odpowiednie możliwości nauczania języka mniejszości narodowej i pobierania nauki w tym języku w przedszkolach, szkołach podstawowych i średnich,
– będą podejmować niezbędne środki dotyczące ochrony tożsamości mniejszości narodowej po należytej konsultacji, łącznie z kontaktami z organizacjami lub stowarzyszeniami grup wymienionych w artykule 13 ustęp 2,
– będą uwzględniać historię i kulturę grup wymienionych w artykule 13 ustęp 2 w związku z nauczaniem historii i kultury w placówkach oświatowych.
– powstrzymają się od jakichkolwiek działań mogących doprowadzić do asymilacji członków mniejszości narodowej wbrew ich woli oraz zgodnie ze standardami międzynarodowymi powstrzymają się od działań, które prowadziłyby do zmian narodowościowych na obszarach zamieszkałych przez mniejszości narodowe.

Z wyrażanych na przełomie lat 80. i 90. oraz na początku lat 90. oczekiwań litewskich Polaków zapisy traktatowe nie uwzględniły trzech:
– koncepcji autonomii terytorialnej, czy choćby kulturalnej;
– zwrotu majątku prywatnego oraz mienia polskich organizacji społecznych lub stosownej za niego rekompensaty;
– kwestii „8%”, czyli postulatu , że – skoro Polacy stanowią około 8 % mieszkańców Litwy i wnoszą wkład w jej rozwój, to powinni oni otrzymywać około 8% dochodu narodowego na cele kulturalne, oświatowe i gospodarcze; oraz w sposób mało precyzyjny odniosły się do czwartego:
– postulatu szkolnictwa w języku polskim na poziomie wyższym.

***

Stosunki polsko-litewskie na szczeblach oficjalnych (prezydenckim, rządowym, parlamentarnym), już w parę lat po podpisaniu Traktatu polsko-litewskiego, obie strony – politycy, eksperci, publicyści – określały jako bardzo dobre, używając czasem stwierdzenia najlepsze w dziejach. Przyznaje się wprawdzie, że są jeszcze pewne problemy w kwestiach mniejszości, jednakże ich rangę i wpływ na wzajemne stosunki wyraźnie się bagatelizuje.
Na pierwszy rzut oka można by się z takim stwierdzeniem zgodzić. Wkrótce po podpisaniu Traktatu, dochodzące wcześniej do głosu, wzajemne pretensje uległy wyciszeniu. Strona polska energicznie i efektywnie wspierała litewskie starania o członkostwo w NATO i w Unii Europejskiej. Udzielała również Litwie poparcia w odpieraniu nacisków przeciwstawiającej się temu Rosji.
Podejmowano mniej lub bardziej skuteczne próby koordynacji polityki zagranicznej, na przykład wobec administracji prezydenta Łukaszenki na Białorusi, czy, uwieńczoną spektakularnym, choć z czasem coraz bardziej wątpliwym, sukcesem, mediację w trakcie „pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie. Współpracowano na wielu polach – symbolem tej współpracy może być usytuowana przy Kancelariach obu Prezydentów Fundacja Wspierania Współpracy Litewsko-Polskiej im. Adama Mickiewicza. W szczególności współpraca ta dotyczyła kwestii:
– gospodarczych (np. umowa o wolnym handlu, działalność Polsko-Litewskiej Izby Gospodarczej w Suwałkach, Orlen na Litwie);
– kulturalnych (np. umowa o współpracy między ministerstwami kultury z roku 1998, spotkanie litewskich i polskich intelektualistów nad Wigrami w 1997 r.);
– militarnych (np. wspólne manewry w Orzyszu we wrześniu 1998 r., kilkakrotne podarowanie Litwie pewnych ilości wyposażenia wojskowego, utworzenie polsko-litewskiego batalionu Litpolbat stacjonującego w Olicie, patrolowanie litewskiego nieba przez polskie lotnictwo).
Spektakularnym wyrazem dobrze rozwijającej się współpracy były bardzo częste wzajemne kontakty osobistości oficjalnych – prezydentów, premierów, ministrów, parlamentarzystów. Spowszedniały one na tyle, że rutynowe spotkania są faktycznie ignorowane przez polskie media.
Swoistą infrastrukturę stosunków polsko-litewskich stanowią wspólne ciała robocze – np.: Komitet Konsultacyjny przy Prezydentach RP i RL, Rada ds. Współpracy między Rządami Republiki Litewskiej i Rzeczypospolitej Polskiej, Komisja Wspólna Mniejszości Narodowych Litewsko-Polskiej Międzyrządowej Rady Współpracy, Zgromadzenie Parlamentarne Sejmów RP RL, i wiele innych.
W sferze świadomości oprócz stałych ataków na Polskę i Polaków (unia polsko litewska i polonizacja; dwudziestolecie międzywojenne i „genocyd” Litwinów na Wileńszczyźnie; Armia Krajowa i eksterminacja Litwinów) pojawiają się, na razie odosobnione, głosy młodych historyków rewidujących antypolskie stereotypy. Można by tu przywołać takie nazwiska jak: Alvydas Nikzentalitis, Alfredas Bumblauskas czy Meczislovas Juczas – autor zdecydowanie nie szowinistycznej pracy o Unii Polsko-Litewskiej.
Znamienne jest, że Sejmy obu państw święcą rocznice uchwalenia Konstytucji 3 Maja, i że czynią to z inicjatywy litewskiej – fakt jeszcze do niedawna nie do pomyślenia.

***

W okresie po podpisaniu Traktatu tylko dwa razy doszło do spektakularnego pogorszenia stosunków polsko-litewskich.
Po raz pierwszy z winy ministra oświaty Litwy Zigmasa Zinkiewicziusa, który, w obraźliwym dla Polaków wywiadzie prasowym, zapowiedział bezpardonowe zwalczenie szkolnictwa polskiego na Litwie, włącznie z groźbą zastosowania metod policyjnych.
Po nagłośnieniu tego wywiadu, 10 stycznia 1997 r., doszło w polskim Sejmie do debaty na temat nieprzestrzegania Traktatu polsko-litewskiego przez stronę litewską. Ostatecznie władze litewskie zdystansowały się od swojego ministra, wyrażając ubolewanie z powodu jego wypowiedzi. Sam Zinkiewiczius swoje stanowisko stracił jednak znacznie później i z zupełnie innych, wewnątrzlitewskich powodów.
Po raz drugi, na przełomie roku 1998 i 1999, pogorszenie stosunków polsko-litewskich nastąpiło w rezultacie litewskiej reakcji na koncepcję lokalizacji w Puńsku polskiej strażnicy granicznej. Litwini oskarżali Polaków, że poprzez osiedlenie na terenie zamieszkałym przez ludność litewską, kilkudziesięciu polskich pograniczników zmienią stosunki ludnościowe na tym obszarze. Obie strony ignorowały przy tym politykę władz litewskich na Wileńszczyźnie, gdzie po odzyskaniu przez Litwę niepodległości ulokowano co najmniej pięć litewskich strażnic.
Jeszcze niedawno, na przełomie roku 2008 i 2009 wydawało się, że będzie trzecia taka kwestia – przyjęcie przez Polaków na Litwie Karty Polaka. Jednak kwestia ta obecnie jest wyciszana. Poza tymi przypadkami, inne posunięcia władz litewskich:
– ani takie, które aż prosiły się by je potraktować jako prowokacje (np. proces tzw. solecznickich autonomistów czy odmowa uznania dyplomów polskich wyższych uczelni, których posiadacze trzy pierwsze lata studiowali na Litwie na tzw. Polskim Uniwersytecie w Wilnie);
– ani takie, które stanowiły ewidentne naruszania praw Polaków (np. litewska kolonizacja okolic Wilna, tendencyjne tworzenie okręgów wyborczych); nie doprowadziły do pogorszenia we wzajemnych stosunkach.

***

Co więcej, strona polska uwikłała się w pożałowania godne i ewidentnie kompromitujące majestat Rzeczypospolitej rokowania dotyczące pisowni polskich nazwisk. Zgodnie z cytowanym już stwierdzeniem artykułu 14 Traktatu, „szczegółowe regulacje dotyczące pisowni imion i nazwisk” miały zostać „określone w odrębnej umowie”. Określanie tych regulacji trwa już piętnaście lat. Od czasu do czasu pojawiają się doniesienia, że moment podpisania umowy w tej kwestii jest już bardzo bliski. Żeby nie być gołosłownym, zacytuję fragment informacji „na temat stosunków polsko-litewskich oraz sytuacji Polaków na Wileńszczyźnie” z 21 grudnia 1999 roku, którą dyrektor Departamentu Europy Zachodniej MSZ Marek Prawda skierował na ręce przewodniczącego Komisji Spraw Zagranicznych Sejmu RP posła Czesława Bieleckiego: Interwencje strony polskiej spowodowały (...) przełamanie trwającego od września 1996 r. impasu w rozmowach na temat umowy o pisowni nazwisk. W trakcie przeprowadzonej 13 czerwca 1997 r. trzeciej tury rozmów osiągnięto istotny postęp. Uzgodniono tytuł, preambułę (...) i klauzule końcowe.
Nie minęło kilka lat... i 28 marca 2002 roku miało dojść do podpisania umowy o pisowni nazwisk przez premierów Leszka Millera i Algirdasa Brazauskasa. Miało, ale nie doszło, bowiem obie strony spierały się o vacatio legis. Polacy domagali się by umowa weszła w życie w rok po podpisaniu, Litwini proponowali termin dziesięcioletni. Między nami mówiąc, biorąc pod uwagę, że mamy rok 2009, a więc do roku 2012 zostało tylko trzy lata, szkoda, że Polska jednak nie przyjęła litewskiej propozycji.
Tak więc, po piętnastu latach określania szczegółowych regulacji, w trakcie ostatniej wizyty w Wilnie, 16 kwietnia 2009 roku, Prezydent Lech Kaczyński czuje się w obowiązku stwierdzić: „Nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby nazwiska Polaków, obywateli Litwy, były pisane w wersji polskiej.”
Tak na marginesie, nie mogę się z Panem Prezydentem zgodzić. Uważam, że „gdyby nazwiska Polaków, obywateli Litwy, były pisane w wersji polskiej”, to w stosunkach polsko-litewskich zdarzyłoby się coś nadzwyczajnego.
A wracając do meritum – w kwestii pisowni nazwisk polskich na Litwie festiwal absurdu, niestety z udziałem strony polskiej, trwa. Trudno bowiem inaczej niż jawnym absurdem określić twierdzenia strony litewskiej:
– że nie ma możliwości – w dobie komputerów – zapisywania polskich znaków diakrytycznych nie istniejących w ortografii litewskiej;
– że dwuliterowe głoski zapisywane po polsku przy pomocy liter „s” i „z” oraz „c” i „z” muszą być w nazwiskach Polaków na Litwie zapisywane jako „s” i „c” z „daszkiem”; że dwuliterowa dwugłoska „ie” musi być zapisywana jako „e” z „kropką” u góry; zaś dla odmiany jednoliterowa głoska „u” musi być zapisywana jako dwuliterowa „iu”; że zbitka dwu liter „n” (na przykład w imieniu Anna) musi być zastąpiona jedną literą „n”. Nota bene, „Ana” przez jedno „n” znaczy po litewsku „tamta”, co dla noszącej takie imię na pewno komfortowe nie jest.
Trudno określić inaczej niż udziałem w absurdzie, stanowisko strony polskiej, która powyższe litewskie twierdzenia zdaje się traktować poważnie, przynajmniej publicznie.
Co gorzej, strona polska uczyniła z tej kwestii probierz stosunku władz litewskich do praw ludności polskiej na Litwie. Tymczasem, kiedy wreszcie do podpisania stosownej umowy umożliwiającej stosowanie polskiej ortografii przy zapisie polskich nazwisk dojdzie, może to się skończyć niezłą kompromitacją. Mianowicie:
– po pierwsze, Polacy w ciągu tych piętnastu lat rokowań zgromadzili już mnóstwo dokumentów – paszport, prawo jazdy, różne dyplomy związane z wykształceniem, akty prawne związane z posiadaniem, z prowadzoną działalnością gospodarczą, umowy najmu, ubezpieczeniowe i bankowe. Wszystkie one wymagałyby zmiany, a więc mnóstwa zachodu i kosztów. Wystarczy pomyśleć sobie jak zachowują się Polacy w Polsce – zamieszkali przy ulicy „Zdrajcy” albo „Prowokatora” – kiedy ktoś wpadnie na pomysł, by nazwę takiej ulicy zmienić.
– po drugie, Polacy zdają sobie sprawę jakie kłopoty czekałyby ich w trakcie załatwiania spraw urzędowych, na przykład własnościowych, z udowodnieniem tożsamości – precedensy z trwającymi latami postępowaniami sądowymi, w sytuacji, gdy petent ma w różnych dokumentach różnie zapisane nazwisko, już były.
– po trzecie, wyrosło już całe pokolenie młodych Polaków, dla których litewski zapis ich nazwisk jest zapisem naturalnym, towarzyszącym im przez całe świadome życie.
Kiedy więc wreszcie do podpisania stosownej umowy, umożliwiającej stosowanie polskiej ortografii przy zapisie polskich nazwisk, dojdzie może znaleźć się niewielu chętnych do skorzystania z tej możliwości. Co, oczywiście, przez stronę litewską, ale i przez – że użyję leninowskiego terminu – „pożytecznych idiotów” w Polsce zostanie wykorzystane przeciwko Polakom na Litwie.
Konkludując: Opisane powyżej przypadki uprawniają co najmniej do podejrzenia, że twierdzenie o najlepszych w dziejach stosunkach między Polski a Litwą trąci urzędowym optymizmem, a rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana.

***

Przyjrzyjmy się więc temu, co nas w stosunkach polsko-litewskich najbardziej interesuje, czyli sytuacji Polaków na Wileńszczyźnie, a zwłaszcza kwestii: Czy?, a jeśli tak, to jaki?, wpływ na tę sytuację miał podpisany piętnaście lat temu Traktat między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Litewską o przyjaznych stosunkach i dobrosąsiedzkiej współpracy
Za punkt wyjścia analizy będę przyjmował sytuację, jaką Polacy osiągnęli na przełomie lat 80. i 90. XX wieku w procesie odrodzenia narodowego w okresie między powstaniem Stowarzyszenia Społecznego-Kulturalnego Polaków na Litwie (przekształconego rok później w Związek Polaków na Litwie) a rozwiązaniem polskich samorządów bezpośrednio po uznaniu niepodległości Litwy przez społeczność międzynarodową na początku września 1991 roku.
Ze względu na ogrom problemów ograniczę się do kilku, moim zdaniem najważniejszych dla przetrwania na Wileńszczyźnie społeczności polskiej, kwestii:

I. Polityczne prawa Polaków

Rozpoczęte pod koniec lat 80. XX wieku na Litwie odrodzenie narodowe Polaków i Litwinów praktycznie od początku przebiegało według scenariusza narastającego konfliktu.
Litwini wszelkie polskie dążenia interpretowali jako działania mniej czy bardziej jawnie wymierzone w odradzającą się państwowość litewską. Polacy demonstracyjne eksponowanie odradzającej się litewskości w życiu publicznym (politycznym i społecznym), w sytuacji zdecydowanej niezgody litewskiej na podobne manifestacje polskości, traktowali jako zagrożenie, jako zastępowanie pełzającej rusyfikacji agresywną lituanizacją.
Kamieniem obrazy dla Litwinów były polskie dążenia do autonomii na terenie Wileńszczyzny, traktowane jako zamach na integralność terytorialną i działania prosowieckie, mimo że Polacy – po pewnych wahaniach – swoją autonomię chcieli tworzyć w składzie Litwy, i nie stosowali metody faktów dokonanych. Co więcej, w styczniu 1991 r., w trakcie sowieckiego rajdu na Wilno, opowiedzieli się – Ryszard Maciejkianiec w imieniu posłów polskich, Jan Sienkiewicz w imieniu Związku Polaków na Litwie – za niepodległą Litwą.
Konflikt podsycała jeszcze agresywnie antypolska propaganda Litewskiego Ruchu na rzecz Przebudowy „Sajudis” – nota bene, w kwestiach polskich sterowanego przez Virgilijusa Czepaitisa, jak powszechnie wiadomo wieloletniego agenta KGB o pseudonimie „Juozas” – i prosajudisowskich organizacji z absurdalnie szowinistycznym Towarzystwem Vilnija. Negowano istnienie Polaków na Litwie, przestrzegano przed zagrożeniem dla istnienia Litwy ze strony „wnuków Piłsudskiego i Żeligowskiego”, urządzano symboliczne procesy „bandytom z AK”, rozpisywano się o „genocydzie” (ludobójstwie) na Litwinach dokonanym na Wileńszczyźnie w czasach II Rzeczypospolitej.
Kulminacją tego konfliktu było ewidentnie bezzasadne rozwiązanie polskich samorządów i wprowadzenie rządów komisarycznych w matecznikach polskości – Rejonach Wileńskim i Solecznickim – 4 września 1991 r.
Zakończenie administracyjnego zarządzania w tych rejonach, co pozwoliło Polakom wybrać swoje władze, podpisanie Traktatu Polsko-litewskiego, i postępująca po nim normalizacja stosunków państwowych między obu krajami – początkowo nie zmieniło sytuacji Polaków. Świadczą o tym działania władz litewskich, podjęte właśnie po podpisaniu Traktatu, takie jak:
– pozbawienie organizacji społecznych możliwości udziału w wyborach, co uderzyło w Związek Polaków na Litwie;
– wprowadzenie progu wyborczego dla organizacji politycznych mniejszości narodowych; utworzenie okręgów wyborczych w taki sposób, by w miarę możliwości Polacy znaleźli się w okręgach o większości litewskiej – tylko w jednym z pięciu okręgów z ludnością polską Polacy stanowią zdecydowaną większość;
– powołanie monstrualnie wielkiego powiatu (województwa) wileńskiego w oczywistym celu zmajoryzowania Polaków;
– sabotowanie zwrotu ziemi na obszarach zamieszkałych w większości przez Polaków;
– odmawianie zwrotu majątku przedwojennych organizacji społecznych – np.: stanicy harcerskiej, gmachu Towarzystwa Przyjaciół Nauk, Polskiego Teatru w Wilnie;
– zwalczanie polskiego szkolnictwo m.in. poprzez forsowanie nauki po litewsku wszystkich przedmiotów poza polskim i historią, obstrukcję przy wydawaniu podręczników, drastyczne ograniczenia w przyznawaniu samorządom rejonowym finansów na szkolnictwo... i wreszcie najgroźniejsze – tworzenie na Wileńszczyźnie drugiego, uprzywilejowanego systemu szkolnictwa, podlegającego administracji powiatowej – szkolnictwa w języku litewskim.
Solidarnie (władze litewskie i władze polskie) zwalczano reprezentatywne dla Polaków organizacje: Związek Polaków na Litwie, Akcję Wyborczą Polaków na Litwie, oskarżając je o szowinizm, antylitewskość, prorosyjskość, partykularyzm, mentalność „bantustanu”, a czasami agenturalność i antypolskość – szczególne „zasługi” w tym procederze miał osławiony ambasador Jan Widacki.
Próbowano także tworzyć organizacje konkurencyjne wobec reprezentatywnych dla Polaków Związku Polaków na Litwie (ZPL) i Akcji Wyborczej Polaków na Litwie, takie jak np. Kongres Polaków Litwy, ZPL Ryszarda Maciejkiańca, Polską Partię Ludową. Udzielano im (zwłaszcza z Polski) politycznego i materialnego poparcia. Forsowano i wspierano (także pieniędzmi z Polski) konkurencyjne koncepcje polityczne – kandydowanie Polaków z ramienia tych organizacji lub z list partii litewskich. Wszystko na szczęście z żałosnym skutkiem, choć urywano Akcji Wyborczej trochę głosów a w wyborach samorządowych niekiedy jeden czy dwa mandaty.
Próbowano również utrudnić sprawowanie Polakom władzy na szczeblu lokalnym – w rejonach, zwłaszcza wileńskim.
Temu celowi służyły, na przykład, kolejne koncepcje reformy administracyjnej i podziału Rejonu Wileńskiego, a także litewska kolonizacja okolic Wilna, zmieniająca na niekorzyść Polaków stosunki ludnościowe pod Wilnem.
W trakcie ostatnich wyborów samorządowych w 2007 roku próbowano zmiany te wykorzystać do odebrania Polakom władzy w Rejonie Wileńskim. A mianowicie, do Litwinów, właścicieli nieruchomości w Rejonie, zameldowanych poza Rejonem, zaapelował Vytautas Landsbergis by meldowali się w nim przed wyborami w celu pozbawienia Akcji Wyborczej Polaków na Litwie władzy. Na razie plany te spaliły na panewce, bowiem Polacy uzyskali w wyborach rekordowy wynik, ale kto wie jak będzie w następnych? Zwłaszcza jeśli akcja depolonizacji okolic Wilna będzie przez władze litewskie realizowana równie konsekwentnie jak dotychczas.
Mimo agresywnej propagandy nie udało się jednak podważyć reprezentatywności ZPL i AWPnL. W wyborach samorządowych w Rejonach Wileńskim i Solecznickim organizacje te rządzą od sześciu kadencji (Związek dwie, Akcja cztery). W Rejonach Trockim i Święciańskim oraz w samym Wilnie, gdzie Polacy nie mają większości, przedstawiciele Akcji stanowią znaczący procent radnych niekiedy współtworząc koalicje rządzące – na przykład w Wilnie dwukrotnie.
Trochę inaczej wygląda sytuacja odnośnie wyborów parlamentarnych. W wybranej 24 lutego 1990 r. Radzie Najwyższej znalazło się 9 polskich posłów. 8 z nich utworzyło koło polskie (Frakcję Polską nazwą nawiązującą do okresu międzywojennego).
W rezultacie specyficznej ordynacji (połowa mandatów z list partyjnych, połowa z jednomandatowych okręgów wyborczych) i sygnalizowanych wyżej manipulacji (próg wyborczy w odniesieniu do mandatów z list partyjnych, specyficzne tworzenie okręgów wyborczych) w kolejnych wyborach sejmowych kandydaci mający poparcie polskich organizacji zdobywali regularnie dwa mandaty z okręgów jednomandatowych. Lista polska – Akcja Wyborcza wspierana przez liczne organizacje społeczne, nie tylko polskie – uzyskiwała zbyt mało głosów, by przekroczyć próg wyborczy i nie uzyskiwała żadnego mandatu.
W ostatnich wyborach (jesienią 2008 r.) Akcja Wyborcza zdobyła trzy mandaty z okręgów jednomandatowych. Niewiele zabrakło do zdobycia czwartego – uniemożliwiła to dokonana przed wyborami zmiana granicy zwiększająca ilość Litwinów w okręgu. Niewiele również zabrakło do przekroczenia progu wyborczego, co skutkowałoby dodatkowymi mandatami z listy partyjnej.
Co ciekawe, mając tak niewiele mandatów Akcja Wyborcza Polaków na Litwie odgrywała bardzo ważną rolę w polityce litewskiej. Nie tylko uczestniczyła w koalicjach rządowych, ale zdarzyło się nawet, że dwa głosy Akcji decydowały o tym, jaka konkretnie koalicja (lewicowa czy prawicowa) objęła władzę na Litwie.
W latach 2000-2001 Akcja współrządziła mając w rządzie Rolandasa Paksasa wiceministra oświaty. Uzyskała także stanowisko vice-mera powiatu wileńskiego.
Sytuacja powtórzyła się w latach 2006-2008, kiedy to Akcja miała wiceministra spraw zagranicznych w rządzie Gedyminasa Kirkilasa oraz vice-mera w Wilnie.
Autorytet Akcji Wyborczej Polaków na Litwie i ściśle z Akcją współpracującego Związku Polaków na Litwie rósł. Nie bardzo wypadało siłę współrządzącą, nie tylko w Wilnie, ale na w całym państwie, oskarżać o antylitewskość.
Jak się jednak bardzo chce, to zawsze można próbować. Jesienią 2008 roku, po wyborach do sejmu litewskiego, rozpętano nagonkę na Polaków pod pretekstem przyjmowania przez nich „Karty Polaka”. Jej posiadanie wiąże się jakoby z obowiązkiem lojalności wobec państwa polskiego, co jest sprzeczne z litewskim prawem.
Rozpoczęto od zakwestionowania prawomocności wyboru dwóch polskich posłów – Waldemara Tomaszewskiego, prezesa Akcji Wyborczej Polaków na Litwie oraz Michała Mackiewicza, prezesa Związku Polaków na Litwie – posiadaczy „Karty Polaka”. Następnie zaczęto kwestionować – i to nie byle kto, bo sam Vytautas Landsbergis – lojalność urzędników i funkcjonariuszy państwowych.
O tym, że kwestia posiadania Karty Polaka jest tylko pretekstem do antypolskiej nagonki świadczy przypadek Jarosława Narkiewicza – trzeciego polskiego posła do parlamentu litewskiego, który Karty Polaka nie przyjął.
Litewski sejm nie zatwierdził jego wyboru na wiceprzewodniczącego Komisji Oświaty, Nauki i Kultury, ponieważ może on się o Kartę Polaka ubiegać.
Trzeba odnotować, że Polacy nie pozwalają się zastraszyć szowinistom litewskim. Świadczy o tym chociażby fakt kandydowania w wyborach prezydenckich na Litwie oraz w wyborach do eueroparlamentu polskiego przywódcy Waldemara Tomaszewskiego.
W wyborach prezydenckich Waldemar Tomaszewski uzyskał całkiem przyzwoity wynik zdobywając 4,7% głosów. Zajmując czwarte miejsce wyprzedził on kandydatki Partii Chłopskiej i Partii Pracy oraz kandydata niezależnego. Dobitnie zaakcentował w ten sposób – zauważają litewscy komentatorzy – „obecności Polaków w życiu politycznym Litwy”.
W wyborach do europarlamentu Waldemar Tomaszewski zdobył mandat. Jest to historyczny sukces kandydata oraz Akcji Wyborczej Polaków na Litwie, której wielonarodowościowa lista (wśród 24 kandydatów znaleźli się, nie licząc Polaków, Rosjanie, Białorusini i Litwini)) uzyskała rekordowe poparcie – 8,45 % głosów. W rejonach Wileńskim i Solecznickim AWPnL wygrała z druzgocącą przewagą 70-80 % głosów – co nie dziwi – oraz uzyskała najlepszy wynik w rejonach Święciańskim i Trockim – co było przyjemnym zaskoczeniem.
Jakby na to nie patrzeć, kolejne wybory samorządowe, sejmowe czy europejskie dowodzą, że mimo usilnych starań szowinistów litewskich i rozlicznych utrudnień czynionych przez stronę polską, pozycja polityczna Polaków na Litwie jest znacząca i niepodważalna. Konkludując:
– prawa Polaków na Litwie do swobodnego wyboru przedstawicieli na szczeblu władz państwowych i lokalnych są konsekwentnie gwałcone przez władze litewskie poprzez omówione powyżej działania;
– uczestniczenie Polaków w życiu publicznym Litwy jest świadomie utrudniane przez władze litewskie;
– możliwości swobodnego wyboru przedstawicieli, zwłaszcza posłów do sejmu są obecnie (w 2009 roku) znacznie gorsze niż 20 lat temu (w okresie wybijania się Litwy na niepodległość);
– Traktat polsko-litewski, w artykule 14 gwarantujący mniejszościom prawo do „uczestniczenia w życiu publicznym bezpośrednio lub za pośrednictwem swobodnie wybranych przedstawicieli na szczeblu władz państwowych i lokalnych” nie przyczynił się do zapewnienia Polakom na Litwie tych praw. Prawa te Polacy na Litwie zapewnili sobie sami.

II. Prawa do publicznego używania języka polskiego;

W okresie dynamicznego odradzania się polskości na Litwie, język polski wyszedł z podziemia, czy może precyzyjniej mówiąc, z domowego zacisza. Polacy zaczęli się nim coraz śmielej posługiwać w życiu publicznym – zbiorowo i indywidualnie; na ulicy, w pracy, w urzędach, u lekarza... Wywołało to głośne protesty i zdecydowane przeciwdziałania litewskie, w ówczesnej delikatnej sytuacji mające charakter jawnej prowokacji. I tak we władzach wszechmocnego wtedy „Sajudisu” pojawił się projekt dekretu o języku państwowym, m.in. zobowiązujący wszystkie instytucje, także niepaństwowe, do stosowania wyłącznie języka litewskiego, również na naradach i konferencjach. Działania te zderzyły się z dążeniami Polaków do instytucjonalnego zabezpieczenia faktycznie zdobytych praw językowych.
29 stycznia 1991 rok – a więc w okresie chwilowego ocieplenia stosunków między Polakami i Litwinami po poparciu litewskich dążeń niepodległościowych przez przywódców polskich – litewska Rada Najwyższa korzystnie dla Polaków znowelizowała Ustawę o mniejszościach narodowych z 28 października 1989 r. Znowelizowana Ustawa w artykule 4 stanowiła: „W lokalnych urzędach i organizacjach jednostek administracyjno-terytorialnych, w których zwarcie mieszka jakakolwiek mniejszość narodowa, obok języka państwowego używa się języka tej mniejszości narodowej (miejscowego).”
Wszystko się zmieniło po rozwiązaniu polskich samorządów i wprowadzeniu administracyjnego zarządzania we wrześniu 1991 roku. Litewskie władze zdecydowanie sprzeciwiały się publicznemu używaniu języka polskiego. Niekiedy były to reakcje paranoiczne. Trudno inaczej nazwać na przykład uczynienie sprawy państwowej z wystawienia na zewnątrz kawiarni Alina, na wileńskiej ulicy Zawalnej (Pylimo), menu w języku polskim.
O stanie stosunków między Polakami a Litwinami na Litwie, o presji, jakiej środowiska polskie zostały poddane po wrześniu 1991, dobitnie świadczy fakt, że tych, tak korzystnych dla Polaków, a zarazem tak upragnionych rozwiązań zawartych w ustawie o mniejszościach narodowych, nie próbowano wcielić w życie.
Ściślej biorąc, nie próbowano do 22 grudnia 1997 r. kiedy to Zarząd samorządu Rejonu Wileńskiego podjął próbę ożywienia martwych dotychczas przepisów i Uchwałą nr 540 postanowił „we wszystkich instytucjach i organizacjach rejonu, obok języka urzędowego, używać języka polskiej mniejszości narodowej”.
Uchwała wywołała zmasowany atak litewski, m.in. lidera rządzących konserwatystów, marszałka litewskiego sejmu Vytautasa Landsbergisa, Inspekcji Języka Państwowego, Sejmowej Komisji Oświaty, Nauki i Kultury, Departamentu ds Problemów Regionalnych i Mniejszości Narodowych. Ten ostatni stwierdził na przykład, że “w rejonie wileńskim język polski jako pomocniczy, jest niepotrzebny, bo według sondażu zrobionego na zamówienie Departamentu, tylko 1-1,5% mieszkańców rejonu nie zna litewskiego, a 60% zna go bardzo dobrze”.
Naczelnik powiatu wileńskiego Alis Vidunas, mimo braku instrumentów prawnych, próbował uchwałę zawiesić bądź zmusić samorząd do jej odwołania. Wobec determinacji polskich radnych, którzy nie ulegli szantażowi, próby te okazały się nieskuteczne.
W tej sytuacji władze litewskie przystąpiły do próby zmiany prawa, zaś samą uchwałę zaskarżyły do sądu. Próba nowelizacji ustawy o mniejszościach narodowych nie powiodła się – dzięki protestom litewskich Polaków (ZPL zgromadził 15 tysięcy podpisów apelujących o odrzucenie nowelizacji), ale także w rezultacie obrad polsko-litewskiego Zgromadzenia Parlamentarnego obradującego w Warszawie pod koniec stycznia 1998 roku. Obie strony – polska i litewska – zgodziły się w komunikacie końcowym, „że nowe regulacje prawne, stanowione przez którąkolwiek ze stron, nie mogą umniejszać praw, lecz winny tylko polepszać dotychczasową sytuację mniejszości”. Trzeba stwierdzić, że był to chyba pierwszy i zarazem ostatni raz, gdy Zgromadzenie Parlamentarne na coś się Polakom na Litwie przydało.
Natomiast sądy kolejnych szczebli przychylały się do stanowiska administracji i językową uchwałę samorządu wileńskiego unieważniały.
Należy nadmienić, że polskie postulaty w kwestii używania języka polskiego w życiu publicznym są, delikatnie mówiąc, oględne. Otóż Polacy nie domagają się równorzędnego statusu dla obydwu języków – polskiego i litewskiego. Dla języka polskiego Polacy zabiegają o status języka pomocniczego (lokalnego). Zabiegają o to, by obok języka państwowego litewskiego na terenach, na których Polacy stanowią większość ludności, w urzędach i instytucjach administracji publicznej można było używać w mowie i piśmie również języka polskiego. I to wyłącznie w celach informacyjnych i komunikacyjnych. Urzędowa dokumentacja ma być sporządzana wyłącznie w języku państwowym.
Prawa takie gwarantują Polakom, oprócz litewskiej ustawy o mniejszościach narodowych, także Traktat polsko-litewski i Konwencja Ramowa Rady Europy.
„Polityką państwa – piszą autorzy ostatniego (z przełomu 2008/2009 roku), na razie poufnego, opracowania o sytuacji Polaków na Litwie – jest jednak stopniowa eliminacja, względnie ograniczenie używania języka polskiego w życiu publicznym. Wiele poczynań władz i polityków wskazuje na to, że celem ostatecznym jest ograniczenie używania języka polskiego do obcowania w kręgu polskich organizacji społecznych, względnie koleżeńskim i rodzinnym.”
W tym celu władze litewskie wykorzystują litewską Ustawę o języku państwowym, z roku 1995, której postanowienia są sprzeczne z art. 4 i 5 Ustawy o mniejszościach narodowych (przypominam: przyjętej w roku 1991 i nieznowelizowanej). Trzeba stwierdzić, że sytuacja ta narusza powszechnie obowiązujące w naszym kręgu cywilizacyjnym standardy przyzwoitej legislacji (nie powinno być w systemie prawnym sprzecznych regulacji); obowiązujące prawnie i stosowane w praktyce w Europie regulacje praw mniejszości narodowych i etnicznych (prawa językowe w krajach Europy Zachodniej, Środkowej i Wschodniej), wewnętrzne prawo litewskie (Ustawę o mniejszościach narodowych) oraz porozumienia międzynarodowe, wielostronne (Konwencja Ramowa Rady Europy) i dwustronne (Traktat polsko-litewski), których Litwa jest sygnatariuszem.
Ostatnio Polaków na Litwie bulwersuje kwestia nazw ulic, zapisywanych w miejscowościach Rejonu Wileńskiego (w Mejszagole, Rzeszy, Czerwonym Dworze i Niemenczynie) i Solecznickiego po litewsku i po polsku. Dyrektor Administracji Rejonu Solecznickiego został ukarany grzywną przez Państwową Inspekcję Języka Państwowego. Obu samorządom wytoczono w roku 2008 procesy sądowe.
Ich rezultat nie był zaskoczeniem. 30 stycznia 2009 roku, litewski Najwyższy Sąd Administracyjny wydał wyrok zakazujący używania języka polskiego (obok państwowego) na tabliczkach z nazwami ulic w (zamieszkałym w większości przez Polaków) Rejonie Wileńskim. Konkludując:
– prawa językowe Polaków na Litwie są konsekwentnie gwałcone przez władze litewskie;
– sytuacja w kwestii używania języka polskiego w sferze publicznej jest obecnie (w 2009 roku) znacznie gorsza niż 20 lat temu (w okresie wybijania się Litwy na niepodległość);
– Traktat polsko-litewski, w artykule 14 gwarantujący mniejszościom prawo do: „swobodnego posługiwania się językiem mniejszości narodowej w życiu prywatnym i publicznie, dostępu do informacji w tym języku, jej rozpowszechniania i wymiany(...)” ani nie zapewnił Polakom na Litwie zagwarantowanych jego postanowieniami praw językowych, ani w zauważalny sposób nie przyczynił się do ich odzyskiwania.

III. Prawo do edukacji w ojczystym języku na zasadach równoprawnych z edukacją w języku litewskim,

Przełom lat 80. i 90. przyniósł narodowe odrodzenie Polaków na Litwie, w szczególności odrodzenie polskiego szkolnictwa. Przejawiało się ono w dwojaki sposób.
Po pierwsze: Następowała polonizacja polskojęzycznego szkolnictwa. Szkoły stawały się ośrodkami, gdzie młodych Polaków zapoznawano z autentyczną kulturą, literaturą i historią Polski. Zaczęto korzystać z dostarczanych z Polski książek, sięgano po polskie podręczniki. Polskim szkołom nadawano polski wygląd i charakter, odwołując się do polskiej symboliki narodowej.
Po drugie: Szkolnictwo polskie rozwijało się również ilościowo. W roku szkolnym 1989/90 liczba szkół wzrosła do 110, uczniów do 10 613. W 1990/91 szkół polskich było już 123 i uczyło się w nich 11 407 dzieci. Wśród Polaków powstała także idea utworzenia polskiej wyższej uczelni – polskiego uniwersytetu.
Oświatowe dążenia Polaków nie tylko nie znalazły zrozumienia w litewskich elitach politycznych i opiniotwórczych, ale spotkały się z konsekwentnym i uporczywym przeciwdziałaniem. Szczególne zasługi na tym polu ponosiły organizacje szowinistyczne takie jak Stowarzyszenie Litwinów Wileńszczyzny – Towarzystwo „Vilnija” czy kowieński „Sajudis”, jednak oficjalne władze Republiki oraz czołowe osobistości, reprezentującego litewskie dążenia narodowe „Sajudisu”, w zaciekłości antypolskiej niewiele szowinistom ustępowały.
Polskie postulaty oświatowe zostały zlekceważone lub odrzucone. Zewnętrzną polonizację szkół starano się zahamować rozpętując kampanię oskarżania Polaków o plany oderwania Wileńszczyzny od Litwy i przyłączenia jej do Związku Sowieckiego lub do Polski. Zakazywano używania podręczników z Polski nawet przy nauce przedmiotów neutralnych, takich jak biologia czy fizyka. Starano się również zahamować rozwój sieci szkół oraz ograniczyć zasięg polskiego szkolnictwa do tych obszarów Wileńszczyzny, na których Polacy stanowią większość mieszkańców, z jedynym wyjątkiem – Wilna. Próby rozszerzenia zasięgu polskiego szkolnictwa poza ten obszar podjęte na początku lat 90. (szkoła w Święcianach) były torpedowane przez władze litewskie i nie przyniosły powodzenia. W rezultacie, nawet w takich rejonach jak Malacki czy Orański, w których procentowo mieszka tyluż Polaków ilu Litwinów w Powiecie Sejneńskim, nie ma żadnej polskiej szkoły.
Wydawało się, że sytuacja ulegnie zmianie na początku 1991 r., kiedy to po sowieckim rajdzie na Wilno, w rezultacie poparcia udzielonego Litwinom przez Polaków, doszło do poprawy stosunków polsko-litewskich. Wtedy to litewska Rada Najwyższa zaleciła rządowi, m.in. opracowanie koncepcji rozwoju szkolnictwa wyższego dla Polaków, co Polacy potraktowali jako faktyczną zgodę na polski uniwersytet.
Niestety poprawa stosunków między Polakami a Litwinami na Litwie nie przetrwała odzyskania przez Litwę niepodległości. Po wprowadzeniu administracyjnego zarządzania w rejonach Solecznickim i Wileńskim władze litewskie wyznaczyły swoich pełnomocników. Ci zaś zajęli się także szkolnictwem.
Wykorzystując atmosferę bezprawia i zastraszenia, szkolnictwo polskie szybko i skutecznie odpolszczono zewnętrznie. Polska symbolika najpierw schroniła się we wnętrzach budynków, długo jednak i tam nie przetrwała. Zaczęto również utrudniać tworzenie nowych szkół polskich. Uparcie pojawiały się pomysły ograniczenia języka polskiego w nauczaniu do polskiego i historii.
Zakończenie administracyjnego zarządzania w polskich rejonach i przejęcie władzy w samorządach przez Polaków niewiele w tej sytuacji zmieniło.
Po pierwsze dlatego, że bardzo trudno było odwrócić fakty dokonane. Dla przykładu: usunięcie ze stanowisk narzuconych przez władze nadzorców – na przykład wielce zasłużonej dla depolonizacji polskiego szkolnictwa Danguole Sabienie – wymagało wielu zabiegów, kiedy zaś się wreszcie dokonało, wywołało monstrualną antypolską histerię, z oskarżeniami o czystki etniczne włącznie.
Po drugie, litewskie władze zadbały (poprzez kolejne nowelizacje ustawy o oświacie), by kompetencje samorządów w kwestiach oświatowych były niewielkie. Na przykład samorządy zostały pozbawione prawa decydowania o zakładaniu, reorganizowaniu placówek oświatowych utrzymywanych ze środków samorządowych, bez zgody administracji powiatu oraz ministerstwa oświaty i nauki. Samorząd nie może też samodzielnie powołać dyrektora szkoły.
Po trzecie, polskie samorządy nie dysponowały i nie dysponują środkami na rozwój szkolnictwa.
Litewskie władze, niezależnie od maści politycznej, kontynuują swoją wymierzoną w polskie szkolnictwo politykę. Ciągle powracają projekty ograniczenia języka polskiego jako wykładowego w polskich szkołach. Ciągle powracają projekty posługiwania się litewskojęzycznymi podręcznikami na lekcjach biologii, matematyki czy fizyki.
Kontynuowane są działania mające na celu zlikwidowanie polskiego oblicza polskich szkół. Szczególnym osiągnięciem na tym polu było rozporządzenie Ministra Oświaty i Nauki Republiki Litewskiej Wladyslowasa Domarkasa z 9 kwietnia 1996r. nakazujące używanie w szkolnictwie polskim we wszystkich sytuacjach oficjalnych, nawet w pisowni imion i nazwisk w dziennikach, języka państwowego.
Jawny program likwidacji polskiego szkolnictwa głosił sajudisowski minister oświaty i nauki akademik Zigmas Zinkiewiczius. W znamiennie zatytułowanym wywiadzie (Szkoła musi być narodowa, litewska) w grudniu 1996 r. oświadczył: „Powiem wprost, we wszystkich szkołach państwowych nauczanie musi się odbywać w języku państwowym. Jak to jest na całym świecie”.
Minister Zinkiewiczius wiele szkód nie sprawił, szybko go bowiem odwołano – oczywiście nie za jego politykę wobec polskiego szkolnictwa. Jego następcy – na przykład Kornelijus Platelis deklarujący na początku urzędowania, że w polskich szkołach po polsku trzeba uczyć polskiego i historii – kontynuowali, może mniej spektakularnie, jego dzieło.
Dzieło to wspierała administracja rządowa. Na przykład naczelnik powiatu wileńskiego Alis Vidunas publicznie twierdził, że po odrodzeniu niepodległości Litwy „większość ludności pochodzenia polskiego i rosyjskiego życzy, aby ich dzieci ukończyły szkoły litewskie i mogły się integrować z życiem kulturalnym i politycznym kraju”.
Trzeba z całą mocą podkreślić, że co najmniej od roku 1996 zwalczanie polskiej oświaty nie ogranicza się do omówionych wyżej sposobów. W tym mniej więcej czasie zaczęto realizować całkiem nową koncepcję lituanizacji polskiej młodzieży. Aby nie prezentować jej gołosłownie, najpierw fakty:
25 lipca 1996 r. rząd Republiki Litewskiej przyjął Uchwałę nr 882 „O programie socjalnego rozwoju rejonów Litwy Wschodniej (Wileńszczyzny w litewskiej nomenklaturze – A.Ch.) na lata 1996-2000”, w której ogłosił program rozwijania alternatywnego, niepodlegającego samorządom systemu szkolnictwa w języku litewskim na obszarach zamieszkałych przez Polaków. Postulował w nim zwiększenie o co najmniej 20% liczby uczniów narodowości polskiej, rosyjskiej i innych uczących się w szkołach litewskich. Zalecił także wybudowanie 8 nowych szkół litewskich i reaktywowanie 21.
Realizując tę Uchwałę, na rozwój szkolnictwa rząd litewski „przeznaczył dla powiatu wileńskiego: dla szkół litewskich 5 milionów litów, dla polskich – 0.” Mamy tu wyraźnie do czynienia z oczywistą i niczym nieusprawiedliwioną dyskryminacją tych Polaków, którzy chcąc zachować swą polskość posyłają swoje dzieci do szkoły polskiej.
Prowadzone przez władze litewskie działania okazują się w jakimś stopniu skuteczne. Apogeum rozwoju polskiego szkolnictwa to rok 2000. Do polskich szkół uczęszczało wtedy 52,3% polskich dzieci. Potem zaczął się regres... i w roku 2006 procent ten spadł do 46,5. Największe bolączki szkolnictwa polskiego to:
1. Istnienie odrębnego szkolnictwa litewskojęzycznego (niepodlegającego samorządom) a uprzywilejowanego materialnie wobec polskojęzycznego, na obszarach na których Polacy stanowią większość;
2. Kształcenie w języku ojczystym na wyższych uczelniach Litwy – jako kadry pedagogicznej dla polskich placówek oświatowych (szkół i przedszkoli) – wyłącznie nauczycieli języka polskiego;
3. Działania uszczuplające używania języka ojczystego w szkołach z polskim językiem nauczania oraz pomniejszające jego rolę, takie jak:
– skreślenie egzaminu z języka polskiego (ojczystego) na maturze z listy egzaminów obowiązkowych;
– likwidacja, z rokiem 2010, egzaminu z języka polskiego na zakończenie szkoły podstawowej;
– wymóg prowadzenia informacji wewnętrznej, zebrań, a nawet protokołów posiedzeń samorządu uczniowskiego szkoły, w której proces nauczania odbywa się po polsku, w języku litewskim;
4. Występowanie znacznych braków w zaopatrzeniu w podręczniki w języku polskim, przy zakazie korzystania z podręczników wydanych w Polsce;
5. Niedofinansowanie szkół polskich w porównaniu do, realizujących program lituanizacji Wileńszczyzny, szkół litewskich, które, jako finansowane przez administrację państwową mają z założenia lepsze wyposażenie, nowocześniejsze środki techniczne, większe budżety.
Sytuację komplikują nowe posunięcia władz litewskich skierowane na dalsze utrudnienie funkcjonowania szkoły polskiej:
1. 12 marca 2008 r., rząd litewski Uchwałą (nr 257), zdecydował o zwiększeniu liczby uczniów w klasach oraz pozbawił samorządy prawa utrzymania klas z mniejszą liczbą uczniów niż normatywna. W tej sytuacji Samorząd Rejonu Wileńskiego będzie zmuszony do zamknięcia ponad połowy placówek oświatowych rejonu.
2. Uchwała powyższa stanowi, że w roku 2012 nastąpi ujednolicenie wymogów maturalnego egzaminu z języka litewskiego dla szkół litewskich i szkół mniejszości narodowych w sytuacji gdy nauka języka litewskiego w szkołach polskich jest prowadzona na podstawie innych programów i podręczników, zaś tygodniowa liczba godzin lekcyjnych, w szkołach polskich w klasach od 1 do 10, mniejsza.
3. Przygotowany w końcu 2008 roku projekt nowelizacji do Ustawy o oświacie wprowadza ograniczenie pobierania nauki poszczególnych przedmiotów w języku ojczystym w szkole polskiej.
Powyższe działania doprowadziły do tego, że na terenach etnicznie polskiego Rejonu Wileńskiego istnieje 58 szkół polskich i 44 litewskie, choć Litwini stanowią tylko 22,4% ludności rejonu.
Należy natomiast zauważyć, że w Wilnie powstała filia polskiej wyższej uczelni – Uniwersytetu w Białymstoku, i Polacy wreszcie mogą studiować po polsku. Nie ma to jednak nic wspólnego z postanowieniami Traktatu, który kwestię kształcenia na szczeblu wyższym pomija milczeniem, nie będę więc tego tematu kontynuował. Konkludując:
– prawa Polaków do polskiego szkolnictwa są systematycznie ograniczane przez władze litewskie;
– szkolnictwo polskie jest, w porównaniu ze szkolnictwem litewskim, dyskryminowane;
– Traktat polsko-litewski, który w artykule 14 stwierdzał, że „mniejszości narodowe mają prawo do „uczenia się
języka swojej mniejszości narodowej i pobierania nauki w tym języku” oraz „zakładania i utrzymywania własnych instytucji, organizacji lub stowarzyszeń, w szczególności kulturalnych, religijnych i oświatowych, w tym szkół wszystkich szczebli” zaś w artykule 15 stanowił, że: strony w szczególności „zapewnią odpowiednie możliwości nauczania języka mniejszości narodowej i pobierania nauki w tym języku, w przedszkolach, szkołach podstawowych i średnich” nie jest przez władze litewskie realizowany, z wielką szkodą dla ludności polskiej.

IV. Prawa do niepodlegania, prowadzonym przez administrację centralną i lokalną, działaniom skutkującym rozpraszaniem zwartych skupisk ludności polskiej.

Władze litewskie konsekwentnie prowadzą działania, których celem jest doprowadzenie do zmian narodowościowych na obszarach zamieszkałych przez ludność polską a więc do lituanizacji Wileńszczyzny. Realizują w ten sposób dyrektywę Bronislovasa Kuzmickasa informującego w 1992 r. delegację Komitetu Helsińskiego, iż „jest nie do pomyślenia, żeby Wilno było otoczone przez obszar zamieszkały głównie przez Polaków”.
Temu celowi przyświecają działania ograniczające prawa polityczne Polaków.
Temu celowi służą posunięcia utrudniające lub uniemożliwiające posługiwanie się językiem polskim w życiu publicznym.
Temu celowi przyświecają, opisane powyżej, praktyki dyskryminujące polskie szkolnictwa oraz budowanie odrębnych litewskich struktur oświatowych.
Temu celowi służy specyficznie prowadzona reprywatyzacja ziemi, zwłaszcza w Wilnie i w okolicach Wilna. Tak naprawdę mamy do czynienia z sabotowaniem przez administrację litewską zwrotu skolektywizowanej ziemi. Proceder ten trzeba jednoznacznie określić jako rabunek polskiej własności. Polacy przeciwko tym praktykom protestują od lat – na przykład demonstrowali pod litewskim sejmem w latach: 1994, 1995, 1996, 1998; i później, np.: w 2005 roku.
Władze litewskie wielokrotnie deklarowały swoją dobrą wolę w tej kwestii, zaś kompromitujące rezultaty akcji zwrotu ziemi tłumaczyły trudnościami obiektywnymi – pogmatwane stosunki własnościowe, brak stosownych dokumentów, ich obcojęzyczność. Zapewniały również że “mimo licznych specyficznych problemów w rejonie wileńskim zwrot ziemi odbywa się planowo i nie różni się zasadniczo od sytuacji w innych częściach Litwy”. Tłumaczenia te są wykrętne i jawnie mijają się z prawdą.
W okresie administracyjnego zarządzania, po rozwiązaniu polskich samorządów, komisarze litewscy obsadzili komisje rolne posłusznymi i pazernymi na polską własność urzędnikami litewskimi... i był to pierwszy etap uwłaszczania się Litwinów na polskiej ziemi.
W 1995 roku, bezpośrednio po triumfalnym zwycięstwie Akcji Wyborczej Polaków na Litwie w wyborach samorządowych, ustawowo ograniczono kompetencje samorządów. Samorządom odebrano służby rolne i przekazano je w gestie rządowych powiatów. I wtedy nastąpił drugi etap uwłaszczania się na polskiej ziemi za pomocą tak zwanego „przeniesienia” własności ziemskiej. Zgodnie z Ustawą reprywatyzacyjną obywatel Litwy, były właściciel ziemi, może ją odzyskać niekoniecznie tam, gdzie przed wojną ją posiadał. Wystarczy podanie i życzliwy urzędnik.
I obywatele, na przykład spod Kowna, na przykład niejaki Vytautas Landsbergis, odzyskują ziemię pod Wilnem. A że ziemia pod Wilnem jest niespecjalnie urodzajna to czasami jeszcze w większym areale niż posiadany gdzieś na głębokiej, ale bardziej urodzajnej, Litwie. Przy tym aktualna wartość rynkowa ziemi pod Wilnem jest kilkadziesiąt (albo wręcz kilkaset) razy większa od wartości ziemi w głębi Litwy. A dla rzeczywistych właścicieli ziemi, podwileńskich Polaków, ziemi nie starcza, mimo że litewskie ustawodawstwo pierwszeństwo w zwrocie ziemi przyznaje miejscowym.
Obecnie, podczas gdy średnio w całej Litwie zwrócono już ponad 98 proc. Ziemi, to w Rejonie Wileńskim procent ten wynosi ok. 75 proc.; przy czym ukrywa się w statystykach, oraz odmawia szczegółowej informacji, ile z tego to ziemia zrabowana w ramach procedury „przenosin”. Są zaś i takie podwileńskie gminy, w których ilość zwróconej prawowitym właścicielom ziemi nie przekracza 30%. Na przykład: w Bujwidziszkach 60% prywatyzowanej ziemi przyznano z naruszeniem prawa.
Opisane powyżej zjawisko „przenoszenia” ziemi doprowadziło już do znaczących zmian narodowościowych w niektórych gminach rejonu wileńskiego. Na przykład, w gminie suderwskiej odsetek ludności polskiej w ostatnich latach spadł aż o ok. 20 proc.
Nota bene: prowadzenie zwrotu ziemi przez służby powiatowe a nie samorządowe skutkuje przyznawaniem sobie atrakcyjnych działek przez „mierniczych”. Proceder ten – to trzeci etap uwłaszczania się Litwinów na polskiej ziemi – nasilił się w czasie, gdy naczelnikiem powiatu wileńskiego był Alis Vidunas. Nieprawidłowości w zwrocie ziemi za rządów Vidunasa potwierdził w swoim raporcie jego następca, Gediminas Pavirżis.
Nawet kiedy w latach 2000-2001 AWPnL była w koalicji rządowej a vice-naczelnikiem Powiatu Wileńskiego był z ramienia Akcji Zbigniew Balcewicz, to odpowiadał on za zwrot ziemi w Rejonie Solecznickim. W kluczowym dla tej kwestii Rejonie Wileńskim za zwrot ziemi odpowiadał natomiast drugi vice-naczelnik – Arvydas Klimkieviczius, zdeklarowany szowinista litewski.
Kwestia zwrotu ziemi ciągle powraca w rozmowach polsko-litewskich. Przy czym taktyka litewska – mamienie Polaków – przypomina proceder stosowany przy rozmowach w kwestii pisowni nazwisk. Oto przykłady:
– w przywołanym już wyżej piśmie dyrektora Departamentu Europy Zachodniej Marka Prawdy (z 21 grudnia 1999 roku) można przeczytać: „Ostatnio strona litewska deklaruje wolę zakończenia procesu zwrotu ziemi do 1 października 2000 roku”;
– na początku 12007 roku, w projekcie raportu Międzyresortowego Zespołu przy KPRM „Polityka Państwa Polskiego wobec Polonii i Polaków za granicą” napisano: „rząd Gedyminasa Kirkilasa zapowiedział rozwiązanie tego problemu (zwrotu ziemi – ACH) do końca 2007 roku.”
Rok 2000 i nawet rok 2007 dawno się skończyły, premiera Kirkilasa zastąpił premier Kubilis, a ziemi jak nie zwrócono prawowitym właścicielom – Polakom, tak nie zwrócono.
Do zmian narodowościowych na obszarach zamieszkałych przez Polaków przyczyniło się także zrealizowanie, za faktycznym przyzwoleniem władz polskich, mimo protestów podwileńskich Polaków, koncepcji „Wielkiego ,Wilna”, czyli przyłączenie do zdominowanego przez Litwinów miasta obszarów w większości zamieszkałych przez Polaków.
Automatycznie z większości stali się oni mniejszością, i to mniejszością poddaną presji lituanizacyjnej.
Temu celowi służyć miały także projekty reformy administracyjnej wokół Wilna forsowane w roku 1998 i 1999. Zgodnie z Uchwałą rządu Republiki Litewskiej z 3 maja 1999 roku:
1. 7 osiedli Rejonu Wileńskiego (Awiżenie, Czarny Bór, Niemież, Pogiry, Rzesza, Rudomino i Zujuny – razem ok. 15 000 ha) oraz starostwo grzegorzewskie z Rejonu Trockiego miały zostać włączone do Wilna;
2. Połowa gminy duksztańskiej miała być włączona do Rejonu Elektrenajskiego, gdzie Litwini stanowią większość;
3. Gmina bujwidzka, wiejska i miejska niemenczyńska, sużańska, podbrzeska miały utworzyć samorząd niemenczyński;
4. Pozostałe terytorium, rozdzielone przez Wilno i samorząd niemenczyński miało tworzyć samorząd podwileński. Oczywistym celem reformy było rozbicie jednostek samorządowych istniejących na obszarach zwarcie zamieszkałych przez Polaków, w których sprawują oni władzę i utworzenie w ich miejsce małych obszarowo i ludnościowo, pozbawionych istotnych kompetencji na rzecz centralnie sterowanego powiatu i słabych ekonomicznie, samorządów. Na szczęście, w wyniku bezprecedensowej mobilizacji ludności polskiej – zebrano ponad 31 tysięcy podpisów pod protestem – plany te zostały zarzucone i do dziś ich nie podjęto. Konkludując:
– władze litewskie konsekwentnie prowadzą działalność, której celem jest rozbicie zwartych skupisk ludności polskiej;
– w tych nielicznych przypadkach, kiedy działania takie udało się zastopować, był to skutek bezprecedensowej mobilizacji i determinacji litewskich Polaków;
– Traktat polsko litewski, w 15 artykule gwarantujący powstrzymanie się: „od jakichkolwiek działań mogących doprowadzić do asymilacji członków mniejszości narodowej wbrew ich woli” oraz deklarujący, że jego sygnatariusze „zgodnie ze standardami międzynarodowymi powstrzymają się od działań, które prowadziłyby do zmian narodowościowych na obszarach zamieszkałych przez mniejszości narodowe” w najmniejszym nawet stopniu nie przyczynił się do zahamowania tych praktyk.

Reasumując

Z powyżej przedstawionych faktów (a można by je mnożyć i mnożyć) w sposób oczywisty wynika, że co najmniej od września 1991 roku (od rozwiązania przez władze litewskie samorządów w Rejonach Wileńskim i Solecznickim i wprowadzenia w nich administracyjnego zarządzania) mamy na Litwie do czynienia z procesem pozbawiania tamtejszych Polaków kolejnych praw – czy to poprzez formalne regulacje prawne (np.: ustawa o języku państwowym, próg dla organizacji mniejszości w wyborach, specyficzne tworzenie okręgów wyborczych) czy to poprzez, nie mającą oparcia w prawie, ale podtrzymywaną przez litewskie sądy, praktykę (np.: uniemożliwianie używania języka polskiego w życiu publicznym, szykany wobec polskiego szkolnictwa, faktyczny rabunek własności w rezultacie nie zwrócenia ziemi).
Ze smutkiem wypada stwierdzić, że Traktat polsko-litewski nie przyczynił się w zauważalny sposób do powstrzymania czy spowolnienia tego procesu. Ba, zaryzykować można twierdzenie, że po jego podpisaniu działania dyskryminacyjne wobec Polaków uległy przyspieszeniu. Z taką sytuacją mieliśmy do czynienia na przykład w odniesieniu do polskiego szkolnictwa, kwestii praw politycznych czy posługiwania się językiem polskim w życiu publicznym.
To po podpisaniu Traktatu podjęto działania mające na celu budowę alternatywnego, litewskojęzycznego szkolnictwa na obszarach, gdzie Polacy stanowią większość, z wyraźnie deklarowanym celem ograniczenia szkolnictwa polskojęzycznego.
To po podpisaniu Traktatu pozbawiono Związek Polaków na Litwie (jako organizację społeczną) prawa do uczestniczenia w wyborach, wprowadzono próg wyborczy dla organizacji mniejszości narodowych, utworzono monstrualny i marginalizujący Polaków Powiat Wileński.
To po podpisaniu Traktatu podjęto działania mające na celu wyeliminowanie języka polskiego ze strefy publicznej – ograniczenia w urzędach, awantura o nazwy ulic po polsku, czy o napisy po polsku w instytucjach handlowych i usługowych.
W tych wszystkich przypadkach, kiedy Polacy zyskali – na przykład ich pozycja polityczna w ostatnich latach, utworzenie w Wilnie polskiej wyższej uczelni – nie wynika to z realizacji zapisów Traktatu. Jest to zasługa przede wszystkim determinacji społeczności polskiej na Litwie, a w kwestii polskiej wyższej uczelni, także konsekwentnemu wspieraniu tej inicjatywy przez pisowskie władze polskie (to ewenement).
Żeby być uczciwym, wypada stwierdzić, że przynajmniej w jednej kwestii Traktat odgrywał pozytywną rolę, przynajmniej przez pewien czas. Otóż po rozwiązaniu polskich samorządów, Polacy na Litwie zostali poddani psychicznemu terrorowi porównywalnemu z tym, z którym Polacy w Kraju mieli do czynienia w trakcie stanu wojennego. Upominanie się o przysługujące Polakom prawa (człowieka i obywatela) było traktowane, zarówno przez stronę litewską jak i polską – tu znowu symbolem jest nazwisko ówczesnego ambasadora RP w Wilnie Jana Widackiego (mój krakowski przyjaciel zaleca czytać to nazwisko według zasad wymowy angielskiej) – jako przejaw skrajnego nacjonalizmu, prowincjonalizmu, zsowietyzowania, antylitewskości i anytypolskości.
Traktat, gwarantujący te prawa, propagandę taką, jeśli nie uniemożliwiał, to przynajmniej znacznie utrudniał. Z czasem jednak ta pozytywna rola zaczęła słabnąć... i stopniowo Traktat zaczął Polakom na Litwie przynosić więcej szkody niż pożytku.
Z czasem, nawet do słabych na umyśle, zaczęło docierać, że gwarancje traktatowe odnoszące się do praw Polaków na Litwie nie są warte papieru na którym zostały zapisane; że obaj sygnatariusze – Litwa i Polska – niezależnie jakie siły polityczne sprawują władzę, lekce sobie ważą jego postanowienia
Inaczej mówiąc – czy jak mówią Polacy w Wilnie – krócej mówiąc: zarówno Litwinom, jak i Polakom na Litwie, demonstrowano, i to latami, że z najbardziej oczywistymi interesami Polski, oraz z jak najbardziej formalnymi zobowiązaniami wobec Polski, można się po prostu nie liczyć oraz, że zobowiązania, które w sposób jak najbardziej formalny podejmuje państwo polskie, nic nie znaczą. Ta ostatnia kwestia jest dla Polaków na Litwie szczególnie bolesna.
Co więcej, sytuacja, w której prawo sobie (zagwarantowane formalnie prawa Polaków), a rzeczywistość społeczna sobie (faktyczna i demonstracyjna dyskryminacja w życiu publicznym i społecznym) jest tamtejszym Polakom doskonale znana. To sytuacja państwa totalitarnego (komunizmu sowieckiego) – prawa sobie (demokratyczna konstytucja czy system wyborczy), a rzeczywistość sobie (dyktatura partii komunistycznej i organów represji). Nie może to nie wpływać na postrzeganie natury państwa litewskiego przez będących obywatelami tego państwa Polaków.
W rezultacie, w drugiej połowie lat 90. można było usłyszeć w „polskim” Wilnie pogłoski o istnieniu tajnego protokołu dodatkowego do Traktatu polsko-litewskiego; protokołu pozostawiającego władzom litewskim wolną rękę wobec Polaków na Litwie – i był to swoisty sarkastyczny komentarz do postępowania władz Rzeczypospolitej. W przekonaniu autora tego tekstu Traktat polsko-litewski okazał się więc dla Polaków na Litwie szkodliwy, zaś mijający czas przyznał rację jego polskim krytykom i przeciwnikom.
Czy tak będzie dalej? Czy kolejne okrągłe rocznice podpisania Traktatu będziemy musieli kwitować sentencjami jak powyższa?
Być może nie. W okresie dwóch miesięcy, które minęły od 15 rocznicy podpisania Traktatu, w polityce polskiej wobec Litwy doszło bowiem do zmiany. Pytanie tylko, czy jest to zmiana metod, celów czy tonu. W każdym razie: 1. wygląda na to, że skończył się prawie piętnastoletni okres fraternizacji prezydentów Polski i Litwy: Kwaśniewskiego i Adamkusa oraz Kaczyńskiego i Adamkusa.
Prezydent Valdas Adamkus – nie rozstający się z prezydentem Kaczyńskim jego „drugi bliźniak” (według celnego określenia publicystki „Magazynu Wileńskiego” Lucyny Dowdo) – skończył swoją kadencję. 12 lipca urząd prezydenta objęła pani Dalia Grybauskaite. W pierwszym po zwycięstwie wyborczym wywiadzie, zapytana, jaki kraj odwiedzi jako pierwszy, odpowiedziała: „Najpierw pojadę tam, gdzie będą ważyły się interesy kraju. Nie podtrzymam tradycji odwiedzania najpierw partnerów strategicznych”, a więc – postawmy kropkę nad i – Polski.
Prezydent Lech Kaczyński wprawdzie robi dobrą minę do złej gry... i jego minister Mariusz Handzlik zapewnia – jeszcze przed wyborami, ale zwycięstwo pani Dalii Grybauskienie było przesądzone – że „ktokolwiek wygra wybory na Litwie, będzie się cieszył zaufaniem polskiego prezydenta”. Nota bene: Chciałoby się zapytać: Czy także wtedy, gdyby wybory prezydenckie na Litwie wygrał jakiś znany polakożerca w rodzaju Vytautasa Landsbergisa czy Gintarasa Songaiły...? ale zostawmy ten temat.
Co więcej, kiedy Lech Kaczyński wybierał się z ostatnią wizytą na Litwę (16 i 17 kwietnia) otrzymał od rządu bardzo szczegółowe instrukcje dotyczące głównie problemów ludności polskiej. Uchwała rządowa zobowiązała Prezydenta, by – cytuję za „Najwyższym Czasem” – „wykorzystując swoje dobre relacje z prezydentem Litwy, stanowczo” przedstawił „nasze postulaty dotyczące pomocy dla polskich szkół na Litwie, przyspieszenia reprywatyzacji ziemi, pisowni polskich nazwisk oraz złagodzenia napięć ws. (w sprawie – A.Ch.) Karty Polaka”.
2. wygląda na to, że rząd Rzeczpospolitej również zmienił... przynajmniej ton. Minister Spraw Zagranicznych Radosław Sikorski, komentując w TVN 24, na przełomie maja i czerwca br., konflikt z Niemcami o wypędzonych, powiedział: „Litwa uważa, że Polska okupowała Wilno przed wojną, a my tak nie uważamy” (cytuję za „Rzeczpospolitą” – A.Ch.). Minister Sikorski zdobył się na wypowiedzenie słów, które prezydentowi Lechowi Wałęsie, podczas podpisywania traktatu polsko-litewskiego, przez usta nie przeszły, mimo oświadczenia prezydenta Brazauskasa „że Wilno i Ziemia Wileńska w latach międzywojennych należały do Polski tylko faktycznie, a nie z tytułu prawa”. Brak reakcji prezydenta Wałęsy na oświadczenie prezydenta Brazauskasa wykorzystują teraz Litwini. Przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych litewskiego Sejmu Audronius Ażubalis oświadczył „Rzeczpospolitej”, że „dla niego było zaskoczeniem, iż Polska nie chce przyznać, że okupowała Wilno”. „Po tylu latach tak solidnego partnerstwa, tak dobrych stosunków między naszymi państwami, usłyszałem oświadczenie polskiego ministra negujące rzeczy oczywiste. Przecież w traktacie polsko-litewskim wszystko jest wyjaśnione” – dziwił się. „Trzeba umieć czytać traktat” – podkreślił.
Minister spraw zagranicznych Litwy Vygaudas Uszackas wystosował natomiast do ministra Sikorskiego pismo, podtrzymujące tezę o okupowaniu Wileńszczyzny przez Polskę w okresie międzywojennym. Pismo poparł historycznymi dokumentami. Jeden z nich – jak pisze „Rzeczpospolita” – to przemówienie Józefa Piłsudskiego z kwietnia 1920 r., w którym jakoby nie kwestionował przynależności Wilna do Litwy”. Wygląda jednak na to, że adresata nie przekonał i minister Sikorski pozostał przy swoim.
3. coś się także zmieniło w polskim parlamencie. Jeszcze nie tak dawno, bo w końcu grudnia 2008 r. w poczcie redakcyjnej polskiego tygodnika zamieszczono następujący głos czytelnika: „Podzielam wraz z „Tygodnikiem Wileńszczyzny” smutek i zdziwienie w stosunku do Marszałka Senatu RP (Bogdana Borusewicza – ACH). Rzeczywiście, po tylu naszych nierozwiązanych problemach (...) nie słyszeliśmy z jego strony żadnego wstawiennictwa, nawet szeptem wypowiedzianego”. Marszałek Borusewicz swojego stanowiska wobec swoich rodaków na Litwie nie zmienił; w sposób zaskakujący wypowiedział się natomiast publicznie, i to na Litwie, inny parlamentarny polityk – wprawdzie nie Marszałek a Wicemarszałek, wprawdzie nie Senatu a Sejmu... tym niemniej jest to wydarzenie w stosunkach polsko-litewskich bez precedensu.
Mam tu na myśli wywiad, jakiego na początku maja udzielił „Kurierowi Wileńskiemu” Wicemarszałek Sejmu Jarosław Kalinowski w związku z 19 sesją Zgromadzenia Parlamentarnego Polsko-litewskiego, obradującego w Wilnie 9 maja, jako jego polski współprzewodniczący.
W sposób jednoznaczny chcemy powiedzieć naszym partnerom litewskim – powiedział „Kurierowi” marszałek Kalinowski – że cierpliwość po naszej stronie się skończyła”. „Przed kilkoma dniami otrzymaliśmy litewskie projekty dokumentów końcowych Zgromadzenia – kontynuował – Nie mogliśmy zaakceptować tej propozycji, gdyż w litewskiej propozycji była mowa o realizacji wspólnych projektów i założeń, również w zakresie energetyki. Nie było jednak nawet wspomniane o sprawach mniejszości polskiej. Wysłaliśmy do Wilna projekt naszej propozycji postanowień Zgromadzenia. Chcemy mówić o tych trzech punktach Traktatu, które strona litewska nie realizuje odkładając to na dalsze lata w nadziei, że z czasem problemy te „same” się rozwiążą”.
„Zgodnie ze standardami Unii Europejskiej – stwierdził dalej – Polska realizuje prawa mniejszości w pełnym wymiarze i w tym może być wzorcem dla innych państw członkowskich. Niestety, strona litewska niewiele robi, a sytuacja w tym zakresie w ogóle się pogarsza. Dla Litwy będzie wstydem, jeśli problemy Polonii litewskiej będą rozwiązywane w Strasburgu. Wstydem dla polskiej strony jest to, że przez lata wierzyła w prośby i obietnice litewskich partnerów, żeby nie robić nacisków i że sprawy stopniowo zostaną rozwiązane w litewskim parlamencie.
I rzeczywiście, w trakcie 19 sesji Zgromadzenia Parlamentarnego, odmiennie niż podczas poprzednich 18 sesji, strona polska po raz pierwszy postawiła kwestię praw Polaków na Litwie twardo i zdecydowanie.
„Język kłamie głosowi, a glos myślom kłamie” – cytując Konrada Wallenroda Jarosław Kalinowski stwierdził, że Polska postanowienia Traktatu polsko-litewskiego odnośnie praw mniejszości potraktowała poważnie, natomiast prawa Polaków na Litwie zostały przez władze litewskie z postanowień Traktatu wyodrębnione i „objęte specjalnym działaniem, bądź niepodejmowaniem żadnych działań”. „Polska opinia publiczna, która przez lata nie dostrzegała istnienia problemów zaczyna się zmieniać, co może negatywnie przełożyć się na relacje polsko-litewskie” – przestrzegał stronę litewską Marszałek.
Litwini, z jednej strony kwestie dyskryminacji mniejszości polskiej bagatelizowali, z drugiej, w rewanżu, podnosili problem praw ludności litewskiej w Polsce.
W rezultacie 19 sesja Zgromadzenia Parlamentarnego Polski i Litwy zakończyła się bezprecedensowo – bo bez uzgodnienia tekstu deklaracji końcowej.
Zbyt wcześnie jeszcze by można było stwierdzić czy mamy do czynienia ze zmianą metod, celów czy tylko tonu polityki polskiej wobec Litwy. Czy jest to rzeczywiste wprowadzenie sytuacji Polaków na Litwie na agendę wzajemnych stosunków, czy też – by użyć sformułowania Stanisława Michalkiewicza – demonstracyjne i energiczne kiwanie palcem w bucie, czas pokaże.
Piszący te słowa, na deklaracje polskich polityków zapatruje się co najmniej sceptycznie, ale podobno kiedyś jest ten pierwszy raz.

Adam Chajewski

Podstawą powyższego tekstu był referat wygłoszony 27 kwietnia 2009 roku, na spotkaniu Uniwersyteckiego Klubu Na Rzecz Europy Środkowowschodnie w Warszawie i Federacji Organizacji Kresowych, w piętnastą rocznicę podpisania w Wilnie Traktatu polsko-litewskiego.

żródło (Arcana nr 89, wrzesień-październik 2009 r.)