Logo Federacji Organizacji Kresowych
Logo Federacji Organizacji Kresowych
                                                                                     
Federacja Organizacji Kresowych
                                                                                     
Strona Główna              o nas              Oświadczenia               Federacja               Archiwum              Kontakt              Strony o kresach
Sprawy Ogólne                 Białoruś                 Litwa                 Ukraina
© Federacja Organizacji Kresowych
siedziba:
Krakowskie Przedmieście 64
00-322 Warszawa


Krajobraz po sojuszu strategicznym, czyli wileńska katastrofa

Polscy politycy i wiodące media są w szoku. Oto w ostatnich miesiącach najlepsze w dziejach relacje z naszym strategicznym partnerem - Litwą, legły w gruzach. I to z powodu stosunku Litwinów (elit politycznych i opiniotwórczych) do ludności polskiej na Litwie. Przy czym warto sobie uświadomić, że w minionych miesiącach polityka władz litewskich wobec ludności polskiej na Wileńszczyźnie nie zmieniła się co do generalnej zasady dyskryminowania Polaków. Tyle że tym razem zaczęto to robić w sposób demonstracyjny, by nie powiedzieć prowokacyjny.

Zmianie uległa natomiast polityka Polski - zaczęto reagować na łamanie praw Polaków. W rezultacie we wzajemnych relacjach mamy katastrofę. Po objęciu władzy na Litwie przez litewskich konserwatystów postsajudisowskie elity polityczne i medialne nastawiły się na eskalację konfliktu, coraz bardziej zaostrzając język antypolskiej propagandy i represje względem Polaków. Poniżej przytoczę przykłady z ostatnich miesięcy.
Władze litewskie kontynuowały politykę karania grzywnami Polaków odpowiedzialnych - według nich - za pojawienie się w sferze publicznej polskich napisów informacyjnych na terenach, na których Polacy stanowią większość. Ukarano ponownie dyrektora administracyjnego samorządu rejonu solecznickiego Bolesława Daszkiewicza za umieszczanie przez Polaków litewsko-polskich tablic z nazwami ulic na ich domach. Wyrokiem Wileńskiego Okręgowego Sądu Administracyjnego z 25 października podtrzymano kary wymierzone za umieszczenie litewskich i polskich opisów tras na autobusach komunikacji podmiejskiej.
Władze litewskie otworzyły ostatnio nowe pole konfliktów - kwestię obecności w sferze publicznej polskich napisów informacyjnych sprowadziły do granic groteski, by nie powiedzieć absurdu. Na początku października Litewska Inspekcja Języka Państwowego zdecydowała ukarać panią Helenę Tomaszewską, która na swoim sklepie w Awiżeniach obok szyldu "parduotuvie" od zawsze umieszczała szyld "sklep spożywczy" i nie zgodziła się tego napisu usunąć. Z drżeniem serca oczekuję, kiedy Litewska Inspekcja Języka Państwowego ukarze dyrektora wileńskiej spółki komunikacyjnej za umieszczenie w kursujących po Wilnie trolejbusach informacji także w języku polskim o karach grzywny grożących pasażerowi za jazdę bez biletu.

Alergia na polskość

Tym działaniom towarzyszyły manifestacje agresywnego antypolonizmu. Należy wspomnieć choćby liczne wypowiedzi nowego ministra spraw zagranicznych Litwy Audroniusa Ażubalisa, w tym jego wywiad udzielony agencji BNS, w którym, odnosząc się faktycznie do Polaków, stwierdził, iż jest "dumny z tego, że nasze mniejszości narodowe mają prawo do nauki we własnym języku. W gruncie rzeczy jest to sprawa unikalna. I sądzę nawet, że ta unikalność wyświadcza swego rodzaju niedźwiedzią przysługę. Nie sprzyja dostatecznej integracji ze społecznością. (...) Nie jest to w porządku wobec tego młodzieńca z mniejszości narodowej. (...) oni sami powinni zrozumieć i zaaprobować, żeby na przykład geografia i historia były wykładane w języku litewskim. (...) Swoją drogą, jeśli ludzie uczą się w szkole narodowej w tym języku, to być może zamierzają wyjechać". Kolejnym ciosem wymierzonym w Polaków na Litwie było oświadczenie grupy litewskich posłów partii rządzącej z 20 maja 2010 r., którzy postulowali m.in. odebranie samorządom lokalnym na Wileńszczyźnie spraw oświaty i przekazanie ich Ministerstwu Oświaty, zwołanie międzynarodowego trybunału w celu "oceny prawnej okupacji przez Polskę Wileńszczyzny w latach 1920-1939", inwigilowanie "przy pomocy służb specjalnych (...) internautów, którzy na polskich portalach krytycznie oceniają polsko-litewskie relacje i historię, oraz ścigać (ich) za podżeganie do waśni na tle narodowościowym", kontrolowanie przy pomocy władz kościelnych posługi księży Polaków.
Przeprowadzono 9 października wileńską konferencję poświęconą "okupacji" Wileńszczyzny przez Polskę, w trakcie której eurodeputowany Vytautas Landsbergis zabłysnął tezą, że za złe stosunki Polski z Litwą odpowiada "chora osobowość Józefa Piłsudskiego", który "raz przedstawiał się jako Litwin, a raz jako 'tutejszy'". Podczas konferencji do głoszenia agresywnego antypolonizmu wykorzystano trzy uczennice (sądząc po nazwiskach Polki) z Gimnazjum Tysiąclecia Litwy w Solecznikach, laureatki konkursu na wypracowanie na temat "Skutki polskiej okupacji dla Litwy Wschodniej", jak Litwini nazywają Wileńszczyznę.
Z kolei w październiku Justinas Karosas, wiceszef Komisji Spraw Zagranicznych, w wypowiedzi dla gazety "Vilniaus Diena", mówiąc o Polakach litewskich, stwierdził: "Jeśli chcą mieszkać na Litwie, to muszą zbliżać się do niej, a nie oddalać. Ci, którzy chcieliby inaczej, niech jadą do Polski. Przecież teraz mamy swobodę przemieszczania".

Kto traci wiarygodność?

Wymienione wyżej posunięcia i wypowiedzi wywołały protesty. Przeciwko słowom Karosasa protestowali i Litwini (np. Audrius Bucziulis - komentator prasowy, a nie polityk), i Polacy (np. poseł Tadeusz Aziewicz, przewodniczący Polsko-Litewskiej Grupy Parlamentarnej).
- Litwa nadal nie realizuje podjętych zobowiązań dotyczących polskiej mniejszości narodowej - konstatował ambasador Polski w Wilnie Janusz Skolimowski w wywiadzie dla dziennika "Lietuvos Żinios". "Wypowiedzi partnerów litewskich wzbudzające nieufność wobec polskiej mniejszości na Litwie uważamy za wysoce niefortunne i kontrproduktywne dla rozwoju dobrosąsiedzkich stosunków" - konkludowało polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych w oświadczeniu dla PAP z 22 października, podkreślając, że "nadal nie zostały rozwiązane sprawy: zwrotu ziemi w Wilnie i na Wileńszczyźnie, utrzymania statusu oświaty polskojęzycznej, pisowni imion i nazwisk przedstawicieli mniejszości w dokumentach osobistych czy dwujęzycznej pisowni nazw ulic w miejscach, w których większość stanowią przedstawiciele mniejszości polskiej".
Ton zmieniły także polskie media głównego nurtu i piszący w nich polscy dziennikarze. Przy podejmowaniu refleksji nad wydarzeniami zachodzącymi na Litwie od czasu objęcia władzy przez premiera Andriusa Kubilisa i przez prezydent Dalię Grybauskaite zaryzykuję stwierdzenie, że nie mamy do czynienia z żadnym szaleństwem, lecz z przemyślaną taktyką w realizacji celu strategicznego litewskich elit politycznych - doprowadzenia do "przywrócenia litewskości spolonizowanych Litwinów", czyli do wynarodowienia polskiej większości na Wileńszczyźnie.
Obrana taktyka ma swój wymiar pijarowski. To koncepcja "dobrego" i "złego policjanta". Rola dobrego policjanta przypadła premierowi Kubilisowi, który zabiega, by kwestię polskich postulatów, np. pisowni nazwisk, załatwić ku polskiemu zadowoleniu, a złego - posłowi Ażubalisowi, który wraz z innymi zabiegi te w głosowaniu parlamentarnym torpeduje. Tyle że ci posłowie to członkowie partii rządzącej, a Ażubalis jest ministrem w rządzie, którego politykę zwalcza. Parlamentarzyści nie są dyscyplinowani (choćby poprzez związanie wyników głosowania z kwestią zaufania do rządu), a Ażubalis nie został zdymisjonowany. Również pani prezydent, która w trybie ekspresowym pozbyła się poprzedniego ministra Vygaudasa Uszackasa, milczy.
Rolę "dobrych policjantów" grają politycy i publicyści odcinający się od antypolskich wypowiedzi i złego posła Karosasa, który podsyca antypolskie nastroje. Tyle że to odcinanie się byłoby wiarygodne wtedy, i tyko wtedy, gdyby Karosas stracił funkcję wiceszefa sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. A nic takiego, o ile wiem, nie nastąpiło i zapewne w przewidywanej przyszłości nie nastąpi.

Filary przetrwania polskiej społeczności

Taktyka litewska ma swój wymiar pragmatyczny. Moim zdaniem, przytoczone działania mają pełnić funkcję "wrzutki". Mimo że są uciążliwe, nie są one w stanie zagrozić przetrwaniu ludności polskiej wokół Wilna. Poza tym można je łatwo odwrócić. Tablice czy szyldy zdjęte jednego dnia da się powiesić następnego. O ile będą tam jeszcze jacyś Polacy.
"Wrzutki" mają odwrócić uwagę od kwestii podstawowej - litewskiego zamachu na polskie szkolnictwo. W ostatnich kilkunastu latach trzy kwestie decydowały o kondycji Polaków - "tu i teraz" oraz w przyszłości. To władza samorządowa, zwrot ziemi i polskie szkoły.
Władza samorządowa jak dotąd ma się dobrze, choć próby majstrowania przy niej są podejmowane nieustannie. Sprawują ją Polacy, choć forsowana przez państwo litewskie i przez litewskich urzędników litewska kolonizacja obszarów podwileńskich trwa i przynosi skutek, poprzez zmianę ich składu narodowościowego. Już chciano wykorzystać to zjawisko do próby przejęcia z rąk Polaków władzy samorządowej w okolicach Wilna (apel Vytautasa Landsbergisa w trakcie ostatnich wyborów samorządowych).
Sprawa zwrotu ziemi została praktycznie przegrana. Ziemi zrabowanej i przekazanej zasłużonym litewskim politykom (np. Vytautasowi Landsbergisowi oraz jego żonie Grażine Landsbergskienie) oraz wysokiego szczebla urzędnikom już się nie odbierze i Polakom nie zwróci. Tak jak nie odbierze się ziemi formalnie od Polaków wykupionej za psi pieniądz, a faktycznie wymuszonej urzędniczym szantażem czy gangsterską groźbą. Nie wypłaci się im także słusznych odszkodowań. Inaczej mówiąc, Polacy pod Wilnem stracili szansę na utworzenie społeczności bogatej i silnej ekonomicznie. Społeczności, która wiele swoich problemów mogłaby rozwiązać własnymi siłami.
Pod Wilnem powstała cała grupa społeczna zainteresowana ekonomicznie konfliktem z Polakami, który zapewnia im bezpieczne posiadanie, oczywiście w złej wierze nabytej własności - zrabowanej Polakom ziemi. Mam na myśli Litwinów, którzy skolonizowali polskie tereny.
Polskie szkolnictwo na Litwie trwa, chciałoby się powiedzieć, w najlepsze. Obserwowany nieprzerwanie od odzyskania przez Litwę niepodległości atak na nie, w tym budowa alternatywnego szkolnictwa państwowego wyłącznie na Wileńszczyźnie ze specjalnym państwowym finansowaniem, jak dotąd przynosi rezultaty ograniczone. Lekko spadł procent polskich dzieci chodzących do polskich szkół.
Wobec powyższego, siły polityczne rządzące obecnie na Litwie przystąpiły do generalnej rozprawy z polskimi szkołami.
Forsowany przez nie projekt reformy oświaty (po drugim czytaniu sejmowym) spowoduje, w razie jego przyjęcia, radykalne ograniczenia liczby polskich szkół; pierwszeństwo w otwieraniu klas litewskich, w przypadku niewielkiej liczby kandydatów, nawet w sytuacji, gdyby przeważająca większość chciała uczęszczać do szkoły polskiej. Efektem proponowanych zmian będzie lituanizacja polskiego szkolnictwa poprzez stopniowe (w miarę przechodzenia do wyższych klas) przymusowe wprowadzanie coraz większej liczby przedmiotów wykładanych po litewsku. Przy czym o tym, które by to były przedmioty, decydować miałaby władza centralna. W ostatnich wersjach projekt zaostrza ten wymóg, przewidując nauczanie wyłącznie po litewsku w dwóch ostatnich klasach.
Ten projekt to program wynarodowienia Polaków na Litwie w ciągu kilku pokoleń. To realizacja strategicznego celu litewskich nacjonalistów, zarówno z prawej, jak i z lewej strony. Młodzież bowiem będzie porozumiewać się między sobą i w życiu publicznym w takim języku, w jakim rozmawia się w szkole. W rezultacie polszczyzna, a z nią polskość, znikną z Wilna i okolic. Program taki został przetestowany na Litwie w dwudziestoleciu międzywojennym i na Białorusi po II wojnie światowej, a jego rezultat to faktyczna likwidacja ludności polskiej na Litwie (poza Wileńszczyzną) i słaba kondycja Polaków na Białorusi. Perfidia tego programu polega na tym, że do jego realizacji nie będą potrzebni "litewski nauczyciel i litewska szkoła".
Będzie on wprowadzany w życie przez polskiego nauczyciela i polską szkołę, tyle że zlituanizowaną.
Obawiam się, że działania litewskie okażą się skuteczne. A zlikwidowanych i zlituanizowanych w trakcie reformy szkół szybko i łatwo się nie przywróci.
Polscy politycy i polskie władze protestują przeciwko antypolskim wypowiedziom, domagają się polskiej ortografii przy zapisie polskich nazwisk, a faktycznie milczą w sprawie zagrożeń dla polskiego szkolnictwa. Jak gdyby nie zdawali sobie sprawy, że jeśli władze litewskie osiągną swój cel i zrealizują program dalekosiężnej likwidacji polskiego szkolnictwa, współodpowiedzialność za to spadnie przede wszystkim na polski rząd. Choćby z powodu zobowiązań zawartych w traktacie polsko-litewskim.
A także dlatego, że kto milczy, ten akceptuje.

Dr Adam Chajewski
Autor jest wiceprezesem Federacji Organizacji Kresowych, w latach 90. XX wieku był sekretarzem Obywatelskiego Komitetu Obrony Polaków na Wileńszczyźnie. Pisuje na tematy polskiej polityki wschodniej.

NASZ DZIENNIK
Wtorek, 2 listopada 2010, Nr 256 (3882)