NASZ DZIENNIK

Środa-Czwartek, 6-7 czerwca 2012, Nr 131 (4366)

 

Nie wolno nam złożyć broni

 

Z Bogusławem Nizieńskim, sędzią Sądu Najwyższego w stanie spoczynku, rzecznikiem interesu publicznego w latach 1999-2004, rozmawia Agnieszka Żurek

Co oznacza w naszych dziejach data 4 czerwca 1992 roku?
- Jest to na pewno data smutna. Boli mnie, że noc z 4 na 5 czerwca 1992 roku miała taki właśnie przebieg, jaki możemy oglądać w reportażu "Nocna zmiana". To wszystko jest bardzo bolesne, bo skutki tamtych działań nadal uderzają w nasz kraj i w nasz los.

Spodziewał się Pan wtedy tak dramatycznego obrotu wydarzeń i obalenia rządu Jana Olszewskiego?
- Nie sądziłem, że to wszystko zajdzie aż tak daleko. Tymczasem 4 czerwca nienawiść wobec wartości, na których chciał oprzeć swój rząd premier Jan Olszewski, osiągnęła apogeum. Zniszczenie jego programu oznaczało unicestwienie planu prawdziwej odbudowy i oczyszczenia naszego życia publicznego. To jest nasza największa klęska, która trwa zresztą po dziś dzień. My w tym dzisiaj żyjemy i coraz bardziej doświadczamy skutków braku przejrzystości naszego polskiego życia publicznego. Jeżeli będziemy nadal podążać tymi samymi drogami, nie zajdziemy daleko. Walkę o czystość naszego życia publicznego muszą podjąć dziś ludzie młodzi. Muszą oni wiedzieć, na jakich wartościach trzeba budować Polskę. Nie mogą być na te sprawy nieczuli.

Wiele wskazuje na to, że jedną z przyczyn odwołania rządu premiera Olszewskiego była właśnie chęć zablokowania lustracji.
- Tak, w efekcie ustawa obligująca najważniejsze osoby w państwie do ujawnienia faktu pracy lub służby w organach bezpieczeństwa państwa lub tajnej z tymi PRL-owskimi organami współpracy została uchwalona dopiero 11 kwietnia 1997 roku. W tym czasie podobne akty prawne obowiązywały już w innych krajach postsowieckich - w Albanii, Bułgarii, Czechosłowacji, w Niemczech i na Węgrzech. Także Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy uchwaliło już wcześniej, bo w 1996 r., rezolucję w sprawie środków służących usuwaniu zaszłości totalitarnego ustroju komunistycznego. W Polsce o uchwalenie ustawy lustracyjnej toczyła się natomiast długa walka, co spowodowało, że mogłem zostać powołany na stanowisko Rzecznika Interesu Publicznego przez pierwszego prezesa Sądu Najwyższego dopiero w październiku 1998 roku.

Od początku sprawie lustracji towarzyszyła nagonka medialna.
- Tak, prym wiodły tutaj: "Gazeta Wyborcza", "Nie" i "Trybuna".

"Zrodzi to wołanie o krew i niebezpieczeństwo stosów" - mówił Adam Michnik o pomyśle odebrania specjalnych uprawnień funkcjonariuszom niegdysiejszego Urzędu Bezpieczeństwa. Niektórzy do tej pory wierzą, że lustracja przewidywała niezwykle surowe kary dla byłych funkcjonariuszy czy współpracowników bezpieki.
- Jest to absolutnie niezgodne z prawdą, ponieważ jedyną karą za złożenie nieprawdziwego oświadczenia lustracyjnego było pozbawienie dostępu do najwyższych stanowisk publicznych na okres 10 lat.

Gdzieniegdzie do tej pory pokutuje opinia, iż lustracja miała dotyczyć ogromnej grupy obywateli.
- To też nie odpowiada prawdzie, ponieważ obowiązek złożenia oświadczenia lustracyjnego dotyczył jedynie osób pełniących najważniejsze funkcje publiczne bądź ubiegających się o nie i dotyczył jedynie około 27 000 osób.

Karane było wyłącznie złożenie nieprawdziwego oświadczenia lustracyjnego?
- Tak, jeśli bowiem osoba podlegająca lustracji przyznała się do pracy, służby lub tajnej współpracy z komunistycznymi organami bezpieczeństwa państwa, nie podlegała karze. Jedyną tego konsekwencją było opublikowanie jej nazwiska na łamach Monitora Polskiego. W lustracji chodziło po prostu o zapewnienie przejrzystości życia publicznego oraz o uniemożliwienie stosowania wobec osób pełniących najwyższe funkcje w państwie szantażu poprzez groźbę ujawnienia - przez czynniki wewnętrzne lub zewnętrzne - kompromitujących faktów z ich przeszłości.

Warto także przypomnieć, że ustawa lustracyjna nie obejmowała osób współpracujących z bezpieką pod przymusem.
- Ustawa lustracyjna obejmowała jedynie te osoby, które świadomie i dobrowolnie współpracowały z tajnymi służbami PRL, szkodząc przez to innym ludziom. Nie podlegał natomiast żadnej karze ten, kto podjął taką współpracę pod przymusem, w obawie utraty życia lub zdrowia przez niego samego bądź przez osoby jemu najbliższe.

Podejrzani o współpracę mieli możliwość wglądu do swoich teczek i przedstawienia Sądowi Lustracyjnemu swojego stanowiska?
- Tak, oczywiście. Istniało także domniemanie prawdziwości złożonego oświadczenia, Rzecznik Interesu Publicznego poddawał weryfikacji tylko te oświadczenia, co do których prawdziwości istniały wątpliwości. Stawający przed sądem lustracyjnym mieli możliwość korzystania z pomocy obrońców, prawo do odwołania się do sądu drugiej instancji, wniesienia kasacji do Sądu Najwyższego i złożenia wniosku o wznowienie postępowania. Część osób uznanych za kłamców lustracyjnych przez nasze sądy odwoływała się także do Trybunału w Strasburgu, twierdząc, że ich proces nie był ani uczciwy, ani sprawiedliwy, gdyż nie mieli oni na przykład możliwości obrony czy wglądu w akta. Temu zarzutowi Trybunał bezpodstawnie dawał niekiedy wiarę.

Lustracja, mimo wielu przeszkód, przyniosła jednak efekty.
- Tak, udało się usunąć z życia publicznego przynajmniej kilkudziesięciu kłamców lustracyjnych niegodnych sprawowania funkcji publicznych, po które bezprawnie sięgnęli.

Uzyskanie dostępu do archiwów bezpieki nie było łatwe.
- Kiedy zbliżał się koniec panowania komuny, esbecy niszczyli, jak tylko mogli, dokumenty stanowiące dowody prowadzenia przez nich sieci agenturalnej. Niszczyli przede wszystkim teczki osobowe i teczki pracy swoich osobowych źródeł informacji, a także teczki spraw, wokół których były prowadzone działania operacyjne. Działo się to jeszcze niekiedy po 1989 roku. Bardzo niewiele dokumentów zbadano w archiwach Wojskowych Służb Informacyjnych. Kiedy te akta zostały w całości przekazane do tzw. Archiwum Wydzielonego Instytutu Pamięci Narodowej, nadal nie można było przez długi czas uzyskać do nich wglądu. Prezes IPN mógł je udostępniać jedynie przy udziale oficerów WSI. Leon Kieres kilkakrotnie występował zatem do kolejnych szefów WSI o wyznaczenie oficerów, którzy mogliby uczestniczyć w badaniu tych akt. Ze strony WSI padała wówczas odpowiedź, że "nie mają do tego ludzi".

Zasłaniano się również argumentami o "tajemnicy państwowej" bądź lansowano tezę, że funkcjonariusze Wojskowych Służb Informacyjnych to ludzie, których doświadczenie i profesjonalizm mogą się jeszcze przydać Rzeczypospolitej.
- Tak, rozpowszechniano tezę, że służba w wywiadzie i kontrwywiadzie wojskowym była pewnego rodzaju zaszczytem i że wobec tego należałoby wyeliminować z ustawy lustracyjnej tych tajnych współpracowników Wojskowych Służb Informacyjnych oraz Wojsk Ochrony Pogranicza, którzy działali w wywiadzie i kontrwywiadzie. Dopiero Trybunał Konstytucyjny zajął w tej sprawie właściwe stanowisko i w 2003 r. uznał, że współpraca z WSI na odcinku wywiadu i kontrwywiadu wojskowego była taką samą formą współdziałania z organami bezpieczeństwa PRL-owskiego państwa jak każda inna.

Do dziś można spotkać się z opinią o "profesjonalizmie" Wojskowych Służb Informacyjnych.
- Nie chciałbym tutaj dzielić się swoją wiedzą uzyskaną podczas dwuipółletniej działalności w Komisji Weryfikacyjnej WSI. Niech Pan Bóg broni jednak przed takim "profesjonalizmem", z jakim miałem się możność niekiedy zetknąć w ramach tej działalności.

Uściślijmy zatem, czym zajmowali się funkcjonariusze WSI. Czy przyświecały im jakiekolwiek inne cele poza niszczeniem opozycji niepodległościowej?
- Wojskowy wywiad i kontrwywiad w sposób ewidentny działały na kierunkach, które odpowiadały światowemu systemowi komunistycznemu. Trybunał Konstytucyjny orzekł wyraźnie w jednym ze swoich wyroków w 2003 r., że tajne służby PRL nie służyły państwu polskiemu, bo takie nie istniało, ale działały na rzecz narzuconego ustroju totalitarnego i Związku Sowieckiego. Orzekł o tym także Senat w uchwale z 1998 roku. Te formacje służyły obcym siłom i czyniły to z wielkim zaangażowaniem. Funkcjonariusze WSI byli - podobnie jak esbecy - szkoleni na wielomiesięcznych kursach w Związku Sowieckim. Wiedzieli oni, że służą nie tylko PRL-owi, ale i ZSRS. Mieli doskonałą orientację, na czyją rzecz pracują.

Ci ludzie nadal mają wpływ na nowych członków polskiego wywiadu i kontrwywiadu?
- Jest ich już niewielu, większość z nich przeszła bowiem w stan spoczynku, ale zawsze obawiam się, że tam, gdzie pozostają resztki dawnego systemu, dochodzi do demoralizacji młodych ludzi.

Powołanie Komisji Weryfikacyjnej WSI miało na celu niedopuszczenie do takiej sytuacji. Tymczasem represje dotykają dzisiaj nie współpracowników sowieckiego wywiadu, ale tych, którzy chcieli odsunąć od służby funkcjonariuszy o komunistycznym rodowodzie.
- Członkowie Komisji Weryfikacyjnej WSI do tej pory są wzywani na przesłuchania. Ja też ostatnio byłem na przesłuchaniu, które trwało 5 godzin. Za co jesteśmy przesłuchiwani? Przecież nikogo nie skrzywdziliśmy, chcieliśmy jedynie dojść do prawdy. Wyobrażałem sobie kiedyś, że Polska będzie czysta, że wszyscy, którzy ją krzywdzili, odejdą w niepamięć. Tymczasem czują się oni dziś bardzo dobrze.

Pewne przebudzenie nastąpiło po tragedii smoleńskiej.
- Tak, zdecydowanie. Mimo kpin i wyśmiewania. Te drwiny to dzieło marginesu politycznego potrafiącego głośno krzyczeć i nazywać patriotów szaleńcami i ludźmi obłąkanymi. Oni natomiast uważają się za osoby "światłe". To nieprawda. Niech się nie łudzą. Przyjdzie taki czas, że wykaże im się, iż to, co robili, było wielkim błędem i wielką hańbą. Przynajmniej ja to tak widzę - jako ten, który w młodych latach startował z zupełnie innych pozycji. Takim chciałem być do końca i takim pozostanę. Miłości do Ojczyzny możemy się za to uczyć od Polaków mieszkających poza jej granicami. Jeżdżę do Wilna, żeby "naładować akumulatory". Spotykam tam ludzi, którzy mieszkają poza Polską, a umieją ją kochać i dla niej pracować. Serce boli, kiedy obserwuje się los Polaków na Wileńszczyźnie czy na Białorusi. To mnie zobowiązuje do pracy na ich rzecz. Dopóki mogę, dopóty będę działał.

Jak działać na rzecz Ojczyzny w dzisiejszej rzeczywistości?
- Moja odpowiedź nie będzie popularna, jestem człowiekiem innej epoki. Bardzo głęboko zapadła we mnie Polska okresu międzywojennego i wojennego. Wiem, że dla niej trzeba wiele poświęcić. A przede wszystkim wierzyć w nią. I budować Polskę na miarę naszych marzeń.

Walczył Pan w Armii Krajowej już jako szesnastolatek.
- Miałem 16 lat, kiedy brałem udział w pierwszym wypadzie plutonu dywersyjnego. Nie miałem skończonych 17, kiedy wziąłem udział w boju partyzanckim na ziemi leżajskiej. Potem przyszedł okres służby poakowskiej, w Narodowej Organizacji Wojskowej i w WiN. Bardzo mocno przeżyłem śmierć mojego dowódcy okupacyjnego kpt. Władysława Koby, młodszego kolegi pułkowego mojego ojca.

Kim był kpt. Władysław Koba?
- Był to ostatni komendant Okręgu WiN - Rzeszów, człowiek, który wytyczał moje drogi życiowe. Poprosił mnie, bym został ojcem chrzestnym jego urodzonego w czasie okupacji syna. W 1949 r. kapitan Koba, okrutnie torturowany w śledztwie, został przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Rzeszowie skazany na śmierć i stracony. Bardzo mocno to przeżyłem, podobnie zresztą jak uwięzienie mojego ojca skazanego za działalność podziemną. Ojciec zmarł w dwa miesiące po zwolnieniu ze szpitala więziennego we Wronkach. Moja mama była także dwukrotnie więziona przez Urząd Bezpieczeństwa - najpierw w Rzeszowie, a później w Krakowie. Te wydarzenia kształtowały moją osobowość i z tej drogi, na którą wszedłem w młodości, już nie zejdę. To jest droga wierności ludziom, którzy oddali swoje życie dla Polski. Kapitan Koba jest jednym z nielicznych patriotów zamordowanych przez komunistów, którego miejsce spoczynku jest znane. Został on pogrzebany wraz ze straconymi razem z nim dwoma jego podkomendnymi na podrzeszowskim - a obecnie rzeszowskim - cmentarzu w Zwieńczycy. Ilekroć jestem w Rzeszowie - czy to służbowo, czy prywatnie - oczywiście odwiedzam ich grób. Takich ludzi się nie zapomina. Ofiara życia kpt. Koby i jemu podobnych zobowiązuje mnie do walki o to, aby Polską nie rządzili tajni współpracownicy ani ci, którzy w inny sposób służyli komunie.

To zobowiązanie dotyczy wszystkich, którym zależy na dobru Ojczyzny.
- Patriotyzm to ukochanie Polski, poświęcenie się dla niej, świadomość, że ona nas potrzebuje. Nie możemy dopuścić do tego, żeby z Polski zrobiono śmietnik, gdzie mogą się zmieścić wszystkie patologie i gdzie wyśmiewa się najwyższe ideały. Przyjdzie taki czas, że patriotyzm wróci i Polska będzie inna. Ale nie wolno nam złożyć broni. Nie wolno.

Dziękuję za rozmowę.

www.naszdziennik.pl

 

Sędzia Bogusław Nizieński – wieloletni członek Prezydium Federacji Organizacji Kresowych.