NASZ DZIENNIK

Środa, 9 maja 2012, Nr 107 (4342)

Repatriację blokują dyplomaci

Jacek Dytkowski


"Takich ludzi nie potrzebujemy" - to niewiarygodne, ale te słowa usłyszeli potencjalni repatrianci z Kazachstanu w polskiej ambasadzie w Astanie. Dlaczego? Bo mają średnie wykształcenie i są właścicielami małych gospodarstw rolnych

Wyjaśnień na temat skandalicznego zachowania polskich służb dyplomatycznych wobec potencjalnych repatriantów z Kazachstanu chcą parlamentarzyści. Jak ustalił "Nasz Dziennik", koszmarny obraz pracownika Ambasady RP w Astanie grożącego Polakom zainteresowanych repatriacją do kraju przodków, że odrzuci ich wnioski, bo nie mają wyższego wykształcenia, to wcale nie fikcja. Świadczą o tym nie tylko mizerne owoce ustawy o repatriacji, w ramach której do kraju przyjeżdża kilka rodzin rocznie, ale także obcesowe zachowanie samych dyplomatów. Wskazują na to potomkowie Polaków zesłanych w latach 30. XX w. na Syberię przez władze Związku Sowieckiego, którym udało się przyjechać do Polski. Jak się okazuje, ich krewni, którzy pozostali w Kazachstanie, nie mają miłych doświadczeń w kontaktach z polskimi dyplomatami.
Na powrót do Polski, według szacunków specjalistów, może czekać około kilkunastu tysięcy osób. Ich nadzieje odżyły w związku z toczącymi się w Sejmie pracami nad obywatelskim projektem ustawy o powrocie do Rzeczypospolitej Polskiej osób pochodzenia polskiego deportowanych i zesłanych przez władze Związku Sowieckiego. Niestety, marzenia o przyjeździe do kraju zderzają się z twardą, urzędniczą rzeczywistością. Do jednego z takich incydentów doszło 26 kwietnia. - Moje siostrzenice Ludmiła i Tatiana przebyły aż 350 km z Dragonirowki do Ambasady RP w Astanie, żeby się zarejestrować w Bazie Rodak, co jest warunkiem ewentualnego powrotu do Polski w ramach ustawy o repatriacji. Złożenie dokumentów i rozmowy z jedną z pracownic tej placówki - panią Martą - odbywały się spokojnie i nie było żadnych problemów. Jednak kiedy weszła pani Beata, wszystko się zmieniło - relacjonuje pani Walentyna Kamińska, której udało się wrócić do Polski w 1995 roku. Urzędniczka zaczęła drobiazgowo wypytywać o wykształcenie i zawód siostrzenic. - Kiedy dowiedziała się, że jedna z nich ma średnie wykształcenie i posiada gospodarstwo [Tatiana - przyp. red.], a druga z zawodu jest pielęgniarką [Ludmiła - przyp. red.], oznajmiła, że nie stanowią żadnej konkurencji na rynku pracy oraz że "w Polsce takich ludzi nie potrzebujemy". Jednocześnie zagroziła, że jeśli siostrzenice nie wycofają swoich dokumentów, wpisze im do dokumentacji brak znajomości języka polskiego - mówi Kamińska. Przestraszone Polki uległy szantażowi urzędniczki i opuściły ambasadę. - O jakiej konkurencji mówi urzędniczka, jeżeli one mogą się podjąć każdej pracy? Normalne jest przecież to, że ktoś chce się kształcić, a inny woli otworzyć działalność gospodarczą lub pracować fizycznie. Nie każdy musi mieć wyższe wykształcenie - wskazuje pani Walentyna. W jej ocenie, zachowanie polskiej urzędniczki było złośliwe.
- Coś takiego nie powinno mieć miejsca. Polska jest matką wszystkich Polaków, a szczególnie tych, którzy nigdy jej się nie wyparli. Przez dziesięciolecia marzyli o powrocie i jak mogli, tak przekazywali ją swoim dzieciom i wnukom. Nie może nikt sobie jej zawłaszczać - zaznacza. Wskazuje, że obie siostrzenice rozmawiają po polsku. - Może mają inny akcent, ale jak można urodzić się w Kazachstanie i mówić piękną polszczyzną? Uważam, że Polaków nie można zostawić w tych stepach kazachstańskich. Oni tam zginą, wymieszają się z Kazachami, którzy reprezentują zupełnie inną kulturę, są muzułmanami. Poza tym pojawiają się tam już pewne problemy, jeśli chodzi o stosunek do mniejszości narodowych - ubolewa pani Walentyna.
Znamienne jest, że pozostałych repatriantów nie dziwią takie doniesienia o fatalnym zachowaniu naszych dyplomatów w Kazachstanie. - To jest normalna sytuacja w polskiej ambasadzie. Ludziom, którzy tego doświadczyli, nie daje się jednak wiary. Poza tym oni boją się o tym mówić. Na przykład jeżeli ktoś będzie narażał się pracownikom ambasady w sprawie rejestracji do Bazy Rodak, otrzymania wizy albo Karty Polaka, to wszystko później może się negatywnie odbić na jego dzieciach, które nie będą mogły wyjechać do Polski. Więc ludzie się nie skarżą. Ale znam bardzo dużo takich przypadków - podkreśla Andrzej Jaworski, który w 1996 r. przyjechał do Polski. Jego zdaniem, są to celowe działania, żeby uniemożliwić powrót do kraju Polakom z Kazachstanu. Jaworski zwraca uwagę, że obecnie urzędnik ambasady jest "władcą absolutnym", przed nikim nie musi się tłumaczyć ze swego postępowania, a Polacy ubiegający się o powrót nie mają żadnej instytucji odwoławczej. Pracownicy Ambasady RP w Kazachstanie nie chcieli wczoraj rozmawiać z "Naszym Dziennikiem", odsyłając nas do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Resort również nie ustosunkował się do zdarzenia w Astanie. Polacy pokrzywdzeni przez nasze służby dyplomatyczne próbują interweniować w biurach poselskich. Potwierdza to poseł Jan Dziedziczak (Prawo i Sprawiedliwość), wiceprzewodniczący podkomisji nadzwyczajnej do rozpatrzenia obywatelskiego projektu ustawy o powrocie do Rzeczypospolitej Polskiej osób pochodzenia polskiego deportowanych i zesłanych przez władze Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich. - Przede wszystkim ta sytuacja świadczy o tym, że obecnie obowiązujące przepisy są całkowicie skompromitowane - ocenia poseł. Przyznaje, że systematycznie otrzymuje informacje i skargi dotyczące działań polskich służb dyplomatycznych w Kazachstanie. - Będę wnioskował, żeby tę sprawę wyjaśnić. Myślę, że jedno z posiedzeń podkomisji lub całej sejmowej Komisji Łączności z Polakami za Granicą powinno być poświęcone aktualnej sytuacji i relacjom pomiędzy Polakami w Kazachstanie a naszą placówką dyplomatyczną - zapowiada Dziedziczak. Jego zdaniem, należy m.in. wyjaśnić, czy nie mamy do czynienia ze świadomym działaniem MSZ zmierzającym do tego, żeby w Bazie Rodak było zarejestrowanych jak najmniej osób. - Docierają do nas na przykład sygnały, że w związku z dyskusją związaną z - miejmy nadzieję - przyjęciem przyszłej ustawy repatriacyjnej do naszej placówki zgłaszają się kolejne osoby, które wcześniej tego nie robiły, bo nie miały większej nadziei na powrót w aktualnie obowiązującym systemie prawnym - kwituje poseł.

Jacek Dytkowski

www.naszdziennik.pl