Logo Federacji Organizacji Kresowych
Logo Federacji Organizacji Kresowych
                                                                                     
Federacja Organizacji Kresowych
                                                                                     
Strona Główna              o nas              Oświadczenia               Federacja               Archiwum              Kontakt              Strony o kresach
Sprawy Ogólne                 Białoruś                 Litwa                 Ukraina
© Federacja Organizacji Kresowych
siedziba:
Krakowskie Przedmieście 64
00-322 Warszawa


Politycy nie dostrzegają kresowiaków

Z Agnieszką Bogucką, byłym doradcą premiera Jerzego Buzka do spraw organizacji pozarządowych, działaczką ruchów kresowych, rozmawia Jacek Dytkowski

Jakie widzi Pani miejsce kresowiaków w życiu publicznym?

- Niestety, nie znam takiego ugrupowania w kraju, które chciałoby się oprzeć o elektorat kresowy, a jest on bardzo liczny dlatego, że przesiedleniom podlegały miliony ludzi. Nie potrafię podać precyzyjnej liczby, ale można tu mówić o przynajmniej 2,5 milionach, powiększonej o tych, którzy przyszli na świat już na terenach tzw. Ziem Odzyskanych czy w ogóle w granicach obecnej Polski. Dla wielu z nich pamięć Kresów jest istotnym dziedzictwem kulturowym, które starają się pielęgnować i utrwalić. Według mojej wiedzy, ok. 35 procent wyborców AWS w roku 1997 stanowił ten właśnie elektorat, dziś odrzucany w zasadzie przez wszystkie ugrupowania.

Nawet przez Prawo i Sprawiedliwość?
- Oczywiście. Stawiam tutaj pewną tezę, opierając się na doświadczeniach związanych z utworzeniem Muzeum Powstania Warszawskiego. W swoim czasie PiS, właśnie dzięki temu, że poważnie potraktowano kwestię budowy tego muzeum, uzyskało bardzo duże poparcie od środowisk kombatanckich i ich rodzin, a także po prostu "zwykłych" patriotów, którzy naprawdę ciągle są liczni wśród Polaków. Podobnie było ze środowiskami przesiedleńców z Kresów, które dla niepoznaki nazywa się kresowianami. Wcześniej deklarowano im zainteresowanie. Sama byłam uczestnikiem licznych spotkań, które budziły nadzieję, że PiS weźmie pod uwagę problemy stawiane przez środowiska kresowe, a które są bardzo palące i potrzeba się nimi zajmować ze względu na interes narodowy i polską rację stanu. Jednak później ugrupowanie to w swojej polityce wschodniej zupełnie nie liczyło się z naszym głosem i można powiedzieć, że zdradziło środowiska kresowe.

Jak to rozumieć?
- Nie możemy naszych interesów narodowych kończyć na Bugu. Nie mówię tu o jakichś roszczeniach terytorialnych - bo to jest oczywiście absurd, ale silne polskie mniejszości narodowe na Wschodzie są naszą polską racją stanu i my w niebywały sposób marnujemy te zasoby. Nasza polityka wschodnia po prostu jest nieudaczna i tutaj, moim zdaniem, środowiska PiS-owskie się autentycznie skompromitowały, zarówno jeśli chodzi o sprawy białoruskie, jak i ukraińskie. Mam dowody, że tak właśnie odbierają tę sytuację środowiska kresowe, które piszą do mnie, występują do władz polskich o to, by zająć się m.in. stworzeniem ośrodków muzealnych, które byłyby miejscem, gdzie położą swe zbiory i archiwa, drogocenne rodzinne pamiątki, wyniesione kiedyś z pożogi. Wiem o wielu takich bezcennych domowych archiwach, które się rozsypują, są wyprzedawane. Może kiedyś będziemy je kupować za wielkie pieniądze od kolekcjonerów, podczas gdy teraz ich właściciele oddaliby je za darmo. Ale takich miejsc w Polsce nie ma. Ofiary i świadkowie niebywałych zbrodni na ludności polskiej, które miały miejsce na Kresach Wschodnich w czasie wojny i po niej wołają o proste prawo do upamiętnienia ofiar ludobójstwa Polaków w Małopolsce Wschodniej i na Wołyniu przez jednostki OUN-UPA i podporządkowane komendzie SS-Galizien. Po prostu nikogo to kompletnie nie interesuje, a te próby stają się obiektem histerycznych ataków niektórych mediów i środowisk.
W przypadku 60. rocznicy przesiedleń ludności kresowej na obszar dzisiejszej Polski i ostatecznej depolonizacji Kresów Wschodnich II RP, która miała miejsce dwa lata temu, żaden z polityków nie zauważył tej rocznicy, która dotyczy tak zwrotnego w naszych dziejach momentu historycznego. Nikt w ogóle "nie kiwnął nawet jednym palcem", oprócz tych właśnie już gasnących środowisk autentycznych przesiedleńców. Tylko jedna skromna uroczystość odbyła się w Olsztyńskiem, z inicjatywy kresowiaków. Czy naprawdę tak ma wyglądać zachowanie pamięci o utracie połowy państwa i niezwykle doniosłych w swym bogactwie kulturowym i społecznym ośrodkach polskich i miastach kresowych, tak znaczących w naszej narodowej historii, która w dużej mierze tam się toczyła przez wieki? Żadnych oficjalnych uroczystości ani upamiętnienia czy dostrzeżenia tych treści w oficjalnej polityce państwa nie było. Pragnę podkreślić, że nie chodzi tu o jakiekolwiek roszczenia terytorialne, ale o zwykłą prawdę i pamięć narodową, którą mają w swojej kompetencji liczne instytucje państwa polskiego. Patrzymy na niemiecką politykę historyczną - narodu, sprawcy, narodu, który tak masowo popierał zbrodniczą politykę Hitlera i który na naszych oczach krok po kroku odbudowuje wielkość i dumę z historii narodowej i powoli zaciera ślady własnych zbrodni. A nam po prostu wstyd. Czyżbyśmy byli Narodem skarlałym i tak upodlonym, że nie potrafimy się podnieść, aby obronić narodową godność i dumę z naszej wspaniałej, bohaterskiej i tak bardzo tragicznej, ale i ofiarnej przeszłości? Skutkiem takiej polityki jest to, że obecnie musimy się tłumaczyć z tego, że na pewno Auschwitz był obozem koncentracyjnym niemieckim i nie my wykonaliśmy holokaust. Polskie środowiska w Ameryce wiedzą, że z tą sprawą tam już przegraliśmy definitywnie.

Ale kolejne rządy chlubią się dobrymi stosunkami z Ukrainą...
- Tyle że Polacy na Ukrainie nic nie mają z entuzjastycznie przyjaznej polityki prowadzonej przez kolejne rządy i prezydentów RP w stosunku do Ukrainy. Dwie polskie szkoły we Lwowie, jedyne, które przetrwały przez lata sowieckiej okupacji, a także te, które powstały w ostatnich latach na Ukrainie Wschodniej dzięki Polsce, bo wybudowane za polskie pieniądze, borykają się z autentycznym uciskiem lub są w dużej mierze zukrainizowane. Władze ukraińskie, szczególnie Ukrainy Zachodniej, są definitywnie antypolskie i nikt w ogóle nie próbuje na to wywierać jakiejkolwiek presji. Przy ogromnym serdecznym poparciu dla prezydenta Juszczenki Polacy na Ukrainie nic nie zyskują - a powinni, dlatego że Rusini darzą respektem ludzi, którzy szanują samych siebie. Bardzo silne i wpływowe środowiska ukraińskie w Polsce doprowadziły do tego, że wyparliśmy się właściwie wszystkich naszych interesów na Ukrainie. Należy tu zaznaczyć, że interesy te nie są wrogie temu państwu. Dowiedliśmy tego rozlicznymi formami poparcia dla aspiracji wolnościowych i demokratycznych Ukrainy. Co można więcej? Chodzi o minimalny stopień zabezpieczenia interesów naszej mniejszości narodowej, która nie uczestniczy w życiu politycznym Ukrainy oraz w żadnej mierze nie jest traktowana jako partner. Podam tu przykład polskiej szkoły im. Marii Magdaleny we Lwowie mieszczącej się przy ulicy - przemianowanej na ul. Czuprynki - jednego z wodzów OUN-UPA, który był katem Polaków. Jego popiersie jest wmurowane w ścianę tej szkoły. Tymczasem my nie robimy takich rzeczy Ukraińcom w Polsce - wręcz przeciwnie, cieszą się oni szacunkiem i pomocą ze wszech miar. Ukraińskie szkoły w Polsce - w Przemyślu, w Legnicy czy Białym Borze, mogą być wzorem dla respektowania praw mniejszości narodowej, wybudowane i wyremontowane na piękne obiekty z polskich funduszy. Inny przykład: Polacy we Lwowie od wielu lat starają się o odzyskanie kościoła św. Marii Magdaleny, sąsiadującego ze szkołą polską jej imienia. Pełni on obecnie funkcję sali muzycznej. Polacy przychodzą do niego na Msze Święte tylko w niedzielę. Korzystają z niego jako "goście" - i nie zawsze otrzymują na to zgodę. Więc są to takie upokarzające gesty władz ukraińskich, które są tolerowane w tych "świetnych" relacjach polsko-ukraińskich. Dla mnie jest to zupełnie niezrozumiałe.

Co o tym myślą kresowiacy?
- Jak najgorzej. Wiem, że środowiska kresowe odwróciły się od ugrupowań prawicowych i obecnie nie mają "dokąd się udać". Ci ludzie, którzy artykułują interesy Polaków na Wschodzie, nie są dostrzegani przez polityków, ze stratą dla tych ostatnich. Dlatego za jedną z przyczyn klęski wyborczej PiS uważam zdradę interesów Polaków na Wschodzie. Dopóki działacze tej partii tego nie zrozumieją, będą dalej się zastanawiali, dlaczego nie uzyskali wymaganego poparcia w wyborach. To ku refleksji polityków, dlatego że kresowiacy są bardzo licznym środowiskiem patriotycznym, dla którego Polska jest bardzo ważnym etosem ich życia, działalności i przywiązania do wartości. Mówię to ku przestrodze, ponieważ zasiadałam w bardzo wielu komisjach wyborczych na początku lat 90. oraz później, więc wiem, że najwierniejszymi wyborcami są ludzie starsi i ideowa młodzież. Jako honorowy członek Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej bardzo blisko współpracuję ze środowiskami młodzieży harcerskiej. To są ludzie rozumiejący hasła, o których ja mówię. Patrzą oni politykom na ręce i są w tym nieubłagani.

Jak Pani ocenia politykę naszych władz w stosunku do Polaków z Białorusi?
- Właśnie z najtragiczniejszą formułą polityczną mamy do czynienia w stosunku do Białorusi, która jest zupełnie dla mnie niepojęta. Muszę powiedzieć, że w tym kraju w ciągu ostatnich osiemnastu lat my, jako państwo polskie, przejawialiśmy dużą aktywność. Wiele pieniędzy zainwestowano, w dużej mierze działały tam ruchy kresowe i organizacje pozarządowe, np. Stowarzyszenie "Wspólnota Polska" oraz Fundacja "Pomoc Polakom na Wschodzie". Zostały odbudowane albo wyremontowane obiekty, w liczbie około osiemnastu, dla Domów Polskich. Wybudowaliśmy za polskie środki finansowe dwie piękne szkoły polskie: w Grodnie i Wołkowysku. Obecnie to wszystko jest utracone na skutek takiej "hurrapolityki", która, moim zdaniem, jest w dużej mierze naznaczona jakąś taką doktrynalną postawą. Jak widać, nie jest ona zrozumiała zarówno dla Europy, jak i Stanów Zjednoczonych, które nie są tak radykalne w swoich działaniach. Nie bacząc na interes narodowy, "wkroczyliśmy" z całym autorytetem polskiego państwa z poparciem dla jednego z dwóch Związków Polaków, które powstały na skutek rozbicia pierwotnej organizacji. Nie wchodziłabym tutaj w szczegóły odnośnie do przyczyn tego rozbicia, ponieważ są to sprawy bardzo złożone i wymagałyby odrębnej analizy. Ale znając bardzo szczegółowo ruch polski na Białorusi i jego historię, muszę powiedzieć, że zdumiewa mnie na przykład to, że Związek Andżeliki Borys jako jedyny otrzymał umocowanie do wystawiania zaświadczeń o zaangażowaniu w polskie sprawy dla starających się o Kartę Polaka, podczas gdy np. apolityczna organizacja, mająca rozległe kontakty, nauczycielska i oświatowa - Polska Macierz Szkolna - została pominięta w tym rozporządzeniu. Jest to dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Polska Macierz Szkolna w rzeczywisty sposób ma rozpoznany obszar polskich działaczy, zwłaszcza oświatowych i nauczycieli. Funkcjonuje ona w bardzo wielu miastach, przede wszystkim Grodzieńszczyzny. Więc nie rozumiem, dlaczego wymieniono w rozporządzeniu wykonawczym do Karty Polaka tylko jedną z organizacji, tj. Związek Andżeliki Borys, gdzie m.in. honorowym prezesem jest Tadeusz Gawin, wysokiej rangi funkcjonariusz KGB, jak sam pisze o sobie w swoich publikacjach. Myślę, że ludzie, którzy wytyczają politykę zagraniczną, powinni po prostu podjąć jakąś refleksję. Wszelkie sugestie czy apele środowisk kresowych w odniesieniu do tej kwestii zostały jak dotąd odrzucone.

Skoro jesteśmy przy Karcie Polaka, która zacznie funkcjonować 28 marca, sądzi Pani, że pomoże ona zachować Polakom tożsamość na Wschodzie?
- Szczerze powiedziawszy, czekam na jakieś rozstrzygnięcia. W tej chwili toczą się bowiem bardzo ważne polityczne batalie na temat traktatu z Lizbony i politycy są skupieni właśnie na tamtych problemach europejskich, a te kwestie jak gdyby czekały. Pan minister Radosław Sikorski był przynajmniej przez jedną kadencję prezesem Rady Fundacji "Pomoc Polakom na Wschodzie". Liczę więc na to, że dojdzie do jakiejś rewizji polityki wschodniej, także w szczególności jeśli chodzi o Białoruś, dlatego że ona wymaga takich zmian. Nie wiem, czy jest jeszcze czas debatować nad ukształtowaniem procedur i organów, które będą zajmowały się przyznawaniem Karty Polaka i rozpatrywaniem odwołań - ale wydaje mi się, że taka refleksja jest możliwa i konieczna.

Dziękuję za rozmowę.

"NASZ DZIENNIK" 22-24 marca 2008, Nr 70 (3087)