Logo Federacji Organizacji Kresowych
Logo Federacji Organizacji Kresowych
                                                                                     
Federacja Organizacji Kresowych
                                                                                     
Strona Główna              o nas              Oświadczenia               Federacja               Archiwum              Kontakt              Strony o kresach
Sprawy Ogólne                 Białoruś                 Litwa                 Ukraina
© Federacja Organizacji Kresowych
siedziba:
Krakowskie Przedmieście 64
00-322 Warszawa




Ściągajmy Polaków ze Wschodu

Aleksander Kaczorowski
01 marca 2010, ostatnia aktualizacja 06 marca 2011

Za 20 lat Polska będzie potrzebować 2 milionów imigrantów. Przed przybyszami z Afryki czy Kaukazu pierwszeństwo powinni mieć Polacy ze Wschodu

Według prognoz demograficznych w Polsce do 2030 roku zabraknie 2 milionów par rąk do pracy. Średnia wieku Polaka wynosić będzie 40 lat, zamiast obecnych 37 (w roku 1950 było to zaledwie 25,8). Na jednego emeryta przypadać będzie mniej niż 1,5 potencjalnie pracującego (zamiast obecnych 2,6). Już od roku 2020 niemożliwe będzie utrzymanie wzrostu PKB na poziomie niezbędnym nie tylko do tego, by gonić kraje Europy Zachodniej, ale po prostu, by ustrzec kasę państwa przed bankructwem. Bez znaczącego napływu imigrantów Polska pogrąży się w stagnacji gospodarczej i utraci szansę na zajęcie miejsca w czołówce państw Unii Europejskiej. Zresztą sama imigracja również nie rozwiąże problemu – nadzieję na to daje wzorowana na krajach zachodnich, przede wszystkim na Francji, polityka prorodzinna (współczynnik dzietności w Polsce od kilkunastu lat nie przekracza 1,5, zaś prosta zastępowalność pokoleń wymaga przynajmniej 2,2), wydłużenie wieku produkcyjnego oraz podniesienie kwalifikacji zawodowych obywateli.

Koszty zaniechań w tej dziedzinie będą dramatyczne: według pesymistycznego scenariusza w 2030 roku „Polska jest najszybciej starzejącym się krajem Europy, co w połączeniu z niską aktywnością zawodową kobiet i seniorów powoduje, że szybkiemu wzrostowi wydatków socjalnych nie towarzyszy wzrost dochodów. Aby ograniczyć olbrzymi deficyt budżetowy i dług publiczny, trzeba podnosić podatki, co powoduje, że wiele firm przenosi swoje siedziby do innych krajów. Młodzi ludzie chętnie podejmują pracę za granicą, gdzie miejsca pracy są o wiele lepiej płatne. Niedobór rąk do pracy jest uzupełniony przez migracje z biednych krajów Afryki i Azji, ale ponieważ brak jest środków na sfinansowanie odpowiedniej polityki imigracyjnej, na przedmieściach polskich miast tworzą się getta mniejszości, które nie mają pracy i żyją z zasiłków, co jeszcze bardziej obciąża wydatki państwa. Rabunki i napady są plagą wszystkich polskich miast. Ze względu na brak środków na inwestycje życie w mieście jest gehenną, dojazd do pracy zakorkowanymi, pełnymi dziur ulicami często zajmuje 2-3 godziny. (...) dochód na mieszkańca jest tylko nieznacznie wyższy niż w Albanii”.

To nie fragment najnowszej powieści Jacka Dukaja, lecz cytat z „Raportu o kapitale intelektualnym Polski”, przygotowanego w 2008 roku przez zespół doradców strategicznych premiera Donalda Tuska. Scenariusz pozytywny wymaga prowadzenia przez państwo konsekwentnej polityki demograficznej, w tym także imigracyjnej. Jeśli jej zabraknie, większość czytających te słowa otrzyma na starość nędzne emerytury. Ktoś przecież musi płacić podatki, z których pochodzić ma większa część wypłacanych nam przez ZUS świadczeń.

I ktoś je zapłaci, bo nie ulega wątpliwości, że ręce do pracy się znajdą. Każdego roku setki tysięcy desperatów z krajów Trzeciego Świata próbują dostać się do Europy lądem, morzem, powietrzem, legalnie i nielegalnie. Dostaną się także do Polski, bo nie unikniemy otwarcia rynku pracy dla robotników z Chin, imigrantów z Wietnamu czy Armenii, przedsiębiorców z Turcji czy uchodźców z Afryki i Czeczenii. Nie ma jednak powodu, by zamykać go przed Polakami z rozsianej po całym świecie diaspory.

Świadoma polityka demograficzna

Jesteśmy szóstym pod względem procentowego udziału diaspory w ogólnej populacji narodem na świecie. Co trzeci Polak mieszka poza granicami kraju ojczystego i nie jest jego obywatelem. Panuje zgoda, że obowiązkiem niepodległego państwa polskiego jest podtrzymywanie więzi z Polakami za granicą. Podobnego konsensusu wymaga umożliwienie tym spośród nich, którzy się na to zdecydują, otrzymania obywatelstwa naszego kraju i osiedlenia się w Polsce. Dotyczy to przede wszystkim 2,5 miliona Polaków i osób pochodzenia polskiego będących obywatelami Białorusi, Ukrainy, Litwy, Rosji, Kazachstanu i Łotwy (wg szacunków Wspólnoty Polskiej oficjalne dane z tych krajów mówią o 1 milionie). Większość z nich to potomkowie osób, które zostały pozbawione obywatelstwa polskiego wbrew własnej woli i znalazły się poza Polską na skutek powojennych zmian granic.

Niemcy w latach 80. i 90. przyjęły 2 miliony swoich rodaków z ZSRR i państw powstałych po jego rozpadzie. Weźmy z nich przykład – przyznawanie prawa stałego pobytu cudzoziemcom, gdy odmawiamy możliwości powrotu do kraju naszym rodakom, byłoby niczym innym, jak absurdalną dyskryminacją. Gdyby miejsce urodzenia miało decydować o przynależności narodowej, Polakami nie byliby przecież Jerzy Giedroyc, Czesław Miłosz, Zbigniew Herbert, Adam Zagajewski, Czesław Niemen, Hanna Świda-Ziemba czy Ryszard Kapuściński.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego polityka repatriacyjna powinna stać się częścią polityki imigracyjnej. Polskie władze muszą zawczasu wyciągnąć wnioski z doświadczeń krajów Europy Zachodniej. Od 1990 roku przyjęły one 26 milionów imigrantów. Mimo to według Komisji Europejskiej kraje UE powinny przyjąć kolejne 20 milionów w ciągu najbliższych 20 lat (w przeciwnym razie do 2050 roku w Europie zabraknie 52 milionów par rąk do pracy). Imigracja okazała się korzystna dla tamtejszych gospodarek, ale w każdym znanym przypadku stała się wyzwaniem dla spoistości społecznej państw przyjmujących. Nad Madrytem i Malmö, Birmingham i Brukselą krąży widmo islamofobii. Według amerykańskiej National Intelligence Council 18 milionów muzułmanów stanowi już 4,5 proc. mieszkańców Europy Zachodniej, każdego roku przybywa legalnie kolejne pół miliona, a nielegalnie – niemal drugie tyle. Nawet jeśli zgodnie z prognozami demografów procentowy udział społeczności muzułmańskiej w populacji europejskiej nie przekroczy nigdy 10 proc., otwartepozostaje pytanie, czy to dużo, czy mało.

Błędem byłoby wyobrażać sobie, że repatriacja może stanowić alternatywę dla imigracji i remedium na problemy demograficzne (nie okazała się nim nawet w przypadku Izraela, który za cel swego istnienia przyjmuje właśnie realizację prawa do powrotu). Nie chodzi też o to, by wykorzystać spodziewany niedobór rąk do pracy jako pretekst dla wszczęcia masowej repatriacji polskich społeczności na wschodzie (te ostatnie wcale się zresztą tego nie domagają). Chodzi o przemyślaną i konsekwentnie realizowaną politykę demograficzną, której potrzebujemy – my, w Polsce – by ustrzec się stagnacji gospodarczej, a zarazem uniknąć poważnych konfliktów społecznych, będących skutkiem niekontrolowanej imigracji. W Niemczech, gdzie mieszka 6,8 miliona cudzoziemców, a procentowy udział muzułmanów w populacji (5 proc.) jest zbliżony do liczby repatriantów z byłego ZSRR i Europy Wschodniej, to się udało.

Iluzoryczna pomoc

Dotychczasowe działania naszych władz wobec Polaków na wschodzie były motywowane względami humanitarnymi i miały na celu podtrzymanie ich poczucia przynależności do narodu polskiego oraz zachowanie polskiego charakteru niektórych zamieszkanych przez nich regionów (dotyczy to zwłaszcza Wileńszczyzny, Grodzieńszczyzny i Lwowa). Rekompensatą za doznane przez nich krzywdy, potwierdzeniem ich przynależności do narodu polskiego i ułatwieniem w kontaktach z krajem ojczystym miała być obowiązująca od 29 marca 2008 roku Karta Polaka. Mogą ją otrzymać obywatele krajów byłego ZSRR, którzy wykażą się podstawową znajomością języka polskiego, złożą pisemne oświadczenie o przynależności do narodu polskiego i udowodnią, że mieli polskiego dziadka lub babkę, lub dwoje pradziadków. Podobne zasady przyjęły przed laty władze RFN, tyle że wtedy chodziło o przyznanie obywatelstwa i umożliwienie osiedlenia się w Niemczech. Tymczasem posiadaczom Karty Polaka oferuje się zaledwie ułatwienia w uzyskaniu długoterminowych wiz (najczęściej przyznaje się je zresztą tylko na rok), możliwość podjęcia pracy i nauki w Polsce na takich samych warunkach, jak obywatele RP, zniżki na transport miejski i darmowy wstęp do muzeów. Nic dziwnego, że o jej przyznanie wystąpiło zaledwie kilka tysięcy osób.

W latach 90. Niemcy przyjmowały 100 tysięcy repatriantów rocznie. Polska z pewnością nie jest w stanie przeprowadzić repatriacji na taką skalę, ale nie znaczy to, że powinna z niej zrezygnować. Należy przeprowadzić ją w sposób, na jaki nas stać, przy czym liczba repatriantów ogółem powinna być niewiele mniejsza niż imigrantów. Optymalna wydaje się liczba 25 tysięcy repatriantów rocznie, co pozwalałoby osiągnąć poziom ok. 500 tys. do 2030 roku. Znaczącą część, ok. 75 proc., powinni stanowić ludzie w wieku produkcyjnym. Należy też podpisać stosowne umowy międzypaństwowe w celu przetransferowania w ślad za repatriantami ich składek emerytalnych (Polska ma już takie umowy z niektórymi krajami Europy Zachodniej).

Polityka repatriacyjna obciążona jest znaczącym ryzykiem w postaci zadrażnień w stosunkach z naszymi wschodnimi sąsiadami. Już Karta Polaka sprowokowała ataki łukaszenkowskiej propagandy i nacjonalistów litewskich. Przyjęcie obywatelstwa polskiego przez Polaka będącego obywatelem np. Białorusi grozi szykanami i może oznaczać konieczność opuszczenia tego kraju. Państwo polskie powinno zapewnić każdemu Polakowi prawo do skorzystania z takiej możliwości. Pojawią się też niewątpliwie oskarżenia o drenaż mózgów (bo pierwsi wyjeżdżają ci najzdolniejsi i najaktywniejsi) i wynaradawianie (bo z prawa powrotu skorzystałoby zapewne wiele osób, które wcześniej bagatelizowały lub wręcz ukrywały przed otoczeniem posiadanie polskich przodków i uchodziły za „prawdziwych” Litwinów czy Ukraińców). Należy więc przedstawić tę sprawę jako korzystną dla wszystkich zainteresowanych stron. Akcja repatriacyjna nie tylko nie zaszkodziła stosunkom RFN i Izraela z Federacją Rosyjską, państwami Azji Środkowej czy krajami Europy Wschodniej, ale wręcz przyczyniła się do ich zacieśnienia, głównie w wymiarze gospodarczym (w czym niemały udział mają dawni obywatele tych państw pochodzenia niemieckiego czy żydowskiego, pośredniczący w kontaktach między stronami).

Między Wschodem a Zachodem

Pora odpowiedzieć na najważniejsze pytanie, które tyka w tle tych rozważań niczym bomba z opóźnionym zapłonem – czy podjęcie przez Polskę akcji repatriacyjnej nie przyczyni się do pogorszenia naszych stosunków ze wschodnimi sąsiadami i w konsekwencji nie wepchnie Białorusi i Ukrainy w objęcia Rosji? Otóż byłoby przejawem niesłychanej megalomanii wyobrażać sobie, że jeśli Białoruś i Ukraina kiedykolwiek przestaną istnieć jako niepodległe państwa, to stanie się tak z powodu jakichkolwiek polskich działań (bądź zaniechań). To samo dotyczy ewentualnego członkostwa tych państw w Unii Europejskiej. Rozszerzenie UE na Wschód w 2004 roku było możliwe, gdyż nie tylko Niemcy, ale i cały Zachód poczuwał się do winy wobec Polski, Czech czy Węgier (za II wojnę światową i pozostawienie nas po złej stronie żelaznej kurtyny). Dziś nikt w Europie nie uważa, że jest cokolwiek winien Ukrainie czy Białorusi. Tamtejsze społeczeństwa i elity nie okazują zaś choćby cienia tej determinacji, z jaką Litwini, Estończycy czy Węgrzy pragnęli wrócić do Europy.

Członkostwo Ukrainy w UE w ciągu najbliższych 20 lat to mrzonka – i dobrze o tym wiedzą wszyscy zainteresowani. Na co w takim razie mogą liczyć zachodni sąsiedzi tego kraju? Na to, że Ukraina pozostanie państwem demokratycznym i niepodległym, szanującym prawa mniejszości i zainteresowanym zacieśnianiem związków z Zachodem. W tej ostatniej sprawie przyznanie polskiego obywatelstwa i umożliwienie powrotu do kraju przynajmniej części tamtejszych Polaków może się okazać nader pomocne. Wystarczy, że żadna strona nie ulegnie nacjonalistycznym resentymentom i spojrzy na problem z perspektywy obopólnego interesu. Repatriacja nie musi zresztą oznaczać zerwania więzi z krajem urodzenia. Wielu mieszkańców Opolszczyzny ma podwójne obywatelstwo. Co stoi na przeszkodzie, by podobnie było we Lwowie, na Wileńszczyźnie czy Grodzieńszczyźnie?

Przez 20 lat istnienia III RP żaden polski rząd nie zdobył się na to, by zaoferować Polakom na wschodzie przywrócenie obywatelstwa i umożliwienie powrotu do kraju. Warto więc przypomnieć, że Polska Ludowa przyjęła 2 miliony repatriantów ze wschodu (z czego 200 tysięcy w latach 1956-1959). Zdecydowana większość z nas (70 proc.) uważa, że należy pomagać rodakom na wschodzie (sondaż OBOP z 2009 roku). Praktycznym sprawdzianem tej deklarowanej solidarności byłoby umożliwienie tym, którzy tego zechcą, osiedlenia się na stałe w Polsce. Z korzyścią dla nas wszystkich.

http://www.newsweek.pl/artykuly/sciagajmy-polakow-ze-wschodu,54525,1/print © 2011 Newsweek Polska