Logo Federacji Organizacji Kresowych
Logo Federacji Organizacji Kresowych
                                                                                     
Federacja Organizacji Kresowych
                                                                                     
Strona Główna              o nas              Oświadczenia               Federacja               Archiwum              Kontakt              Strony o kresach
Sprawy Ogólne                 Białoruś                 Litwa                 Ukraina
© Federacja Organizacji Kresowych
siedziba:
Krakowskie Przedmieście 64
00-322 Warszawa


Czy Ukraińcy odrobią lekcję historii?

Z dr Lucyną Kulińską, historykiem i politologiem, badaczem stosunków polsko-ukraińskich w XX wieku, autorką wielu publikacji, rozmawia Mariusz Bober

Zbliżają się wybory prezydenckie na Ukrainie. Czy przyniosą zasadniczy przełom w polityce tego kraju?
- Obecnie Ukraina przeżywa poważny kryzys. Trwa tam ostra walka interesów, a polityka jest dla niej jedynie przykrywką. Panuje wszechogarniająca korupcja, rządy oligarchii i urzędników bez skrupułów grabią i oszukują obywateli. Do tego dochodzą obudzone przez obecnego prezydenta Wiktora Juszczenkę zakorzenione w mrocznej przeszłości ideologie kierowane głównie do młodzieży. Młodzi ludzie nie zadają sobie trudu zgłębiania prawdy, refleksji nad amoralnością i zbrodniczością tych ideologii, są żądni czynu, radykalni. Rosną w siłę, bo na Ukrainie nie ma woli do prowadzenia tego, co w Polsce nazywamy pracą organiczną. W tej sytuacji zamiast szukania przyczyn niepowodzeń w nieudolnej polityce rządzących i we własnych wadach, wielu poszukuje ich na zewnątrz. To Polska, Rosja, Unia Europejska (bo ich nie chce), każdy jest winny, tylko nie oni sami. Takie "roszczeniowe" myślenie polityczne ma w tym kraju już dość długą tradycję. "Ukraińska krzywda" jako hasło jest na swój sposób niezniszczalne. Dla postronnych jest to niezrozumiałe: przecież Ukraina ma ogromne terytorium, żyzne ziemie, surowce, korzystne położenie geopolityczne itd. Wystarczy to wszystko dobrze zagospodarować, wykorzystać. Po co wysuwać nieuzasadnione żądania terytorialne wobec sąsiadów? Po co np. prowokować Polaków żądaniami terytorialnymi. Współgra to z roszczeniowymi postawami Związku Ukraińców w Polsce. To może rodzić obawy Polaków, wzmacniane rosnącą w naszym społeczeństwie wiedzą o zbrodni ludobójstwa dokonanej na ludności polskiej, którą zakończyło się nasze wspólne bytowanie na Kresach.
To, co powiedziałam, dotyczy przede wszystkim terenów dawnych ziem Rzeczypospolitej, gdzie ukraiński szowinizm wciąż jest aktywny. Jednak niewątpliwym "osiągnięciem" Juszczenki, przy jednoczesnym milczeniu polskich władz, jest dziś zarażenie bakcylem banderyzmu i antypolonizmu części młodych ludzi także na wschodzie Ukrainy.
Ale oczywiście Ukraina ma też inny bardzo poważny problem. Państwo to nadal podzielone jest niewidzialną granicą na dwa, przez wieki odmiennie ukształtowane światy - jeden ciążący ku Wschodowi, drugi teoretycznie ku Zachodowi.

Użyła Pani określenia "teoretycznie ciążący ku Zachodowi", dlaczego?
- Teoretycznie, bo moim zdaniem jedynie deklaratywnie. Według mnie, tzw. Zachodnia Ukraina jest także Wschodnia, tylko inaczej...
Po pierwsze "nie" cywilizacji zachodniej powiedzieli banderowcy z OUN-UPA wtedy, gdy dosłownie zmietli z powierzchni ziemi jej dorobek na kresach II RP. Nośnikiem tej cywilizacji byli właśnie Polacy. Mordując ich okrutnie i wypędzając ze swych kresowych siedzib, bezrozumnie paląc i niszcząc zabytki zachodniej kultury, takie jak: kościoły rzymskokatolickie, pałace, dwory wraz z wyposażeniem; rujnując budynki instytucji, szkoły; unicestwiając polskie gospodarstwa po ograbieniu ich ze sprzętów, odzieży i zwierząt hodowlanych i wycięciu nawet drzew owocowych, by żaden ślad po Polakach nie został - pokazali, że tak naprawdę nie są "ludźmi Zachodu", a barbarzyńcami.
Także sam prezydent Juszczenko, lansując wizję wejścia Ukrainy do Unii Europejskiej, praktycznie zrobił niewiele, by poprawić relacje polsko-ukraińskie. Budował pomniki banderowcom, ale nie porządkował swojego państwa. Czerpał osobiste zyski ze współpracy z rozgrabiającymi kraj oligarchami, tolerował patologie na szczytach władzy i w administracji publicznej, nauczył społeczeństwo żyć na kredyt. Prowadząc gazową wojnę z Rosją, nie zawahał się narazić obywateli wielu krajów Wspólnoty Europejskiej na odcięcie dostaw gazu. Setki firm, które zainwestowały na Ukrainie, narażono na straty i grabież mienia ruchomego i nieruchomości w wyniku bezprawnych i niemoralnych działań tamtejszych instytucji państwowych i organizacji przestępczych.

Na Ukrainie ścierają się też różne międzynarodowe interesy, nie tylko Polski i Rosji...
- Tutaj gra idzie o wielką stawkę. Świat stoi u progu katastrofy związanej z wyczerpywaniem się surowców kopalnych, głównie ropy naftowej. To jej wydobycie zbudowało dzisiejszy dobrobyt państw wysokorozwiniętych. Amerykanie, którzy zużywają olbrzymie ilości ropy naftowej, mają świadomość, że potencjalna utrata dostępu do taniej ropy to zagrożenie zarówno ich gospodarki, jak i stylu życia. Nie chcą wypaść z gry, która staje się coraz bardziej brutalna. Jedyne liczące się złoża ropy naftowej znajdują się na Bliskim Wschodzie (pogranicze Iranu i Iraku) i na południu byłego ZSRS - w jego byłych republikach. Kontrola nad nimi to istota współczesnych konfliktów politycznych. Do tego w okres prawdziwej ekspansji weszła Azja - Chiny, Indie - kolejni kandydaci do wykorzystywania dramatycznie kurczących się surowcowych zasobów. Bez ropy naftowej także ich spektakularny rozwój na dłuższą metę będzie niemożliwy.
Takie kraje jak Polska czy Ukraina w tych konfliktach nie odgrywają co prawda znaczącej roli, ale mogą być użyteczne. Decyduje o tym geopolityka. Na przykład w roku 2017 upływa termin przekazania przez Rosję baz floty czarnomorskiej Ukraińcom. Po zwycięstwie w tym kraju opcji "zachodniej" w tamtejszych bazach będą mogli zainstalować się Amerykanie, aby móc kontrolować ten strategiczny rejon. Nie wchodzi w rachubę, by Rosja oddała te bazy bez walki. Czyimi rękami może być rozgrywany ten konflikt? Czy Polacy i Ukraińcy w ogóle się nad tym zastanawiają?

Jaką politykę w takim razie powinny prowadzić obecnie nasze władze wobec Ukrainy?
- Wystarczy, żeby kierowały się prostymi priorytetami: dobrem i bezpieczeństwem Polaków, moralnością i zdolnością do wyciągania wniosków z przeszłości, dbaniem o integralność terytorialną naszego państwa (zarówno na zachodzie, jak i na wschodzie), choćby przez dopilnowanie wpisów do ksiąg wieczystych, pilnowanie strategicznych działów gospodarki - głównie energetyki przed jej przejęciem przez obcy kapitał. Nade wszystko apeluję o poszanowanie prawdy historycznej, bez hipokryzji i wybiórczego jej traktowania.
Zawsze podkreślam, że bilans skutecznej polityki międzynarodowej musi dla obu stron wynosić co najmniej zero, biorąc pod uwagę zyski i straty. Prezentowana przez kolejne polskie rządy bezwarunkowa miłość do Ukrainy okazała się dużym błędem. Zarówno Ukraińcy, jak i Polacy powinni prowadzić ze sobą uczciwe interesy, nie można tylko dawać, trzeba również coś otrzymywać. Tymczasem na razie wygląda to trochę tak, że pozwalamy Ukraińcom błądzić. Nie można przymykać oczu na to, że naszej ludności jest coraz ciężej żyć na Ukrainie, inaczej niż Ukraińcom w Polsce.
Podsumowując, poparcie polskich władz dla Wiktora Juszczenki było, moim zdaniem, błędem. Poczynione szkody są już dziś trudne do odrobienia. Nastąpiło odbudowanie w społeczeństwie dawnego stereotypu Ukraińca wrogiego Polsce. To plon krótkowzrocznej polskiej polityki wschodniej. Może to stanąć na przeszkodzie pozytywnych relacji między naszymi narodami.
Już raz w 20-leciu międzywojennym uwierzyliśmy, że przy pomocy Ukraińców odsuniemy i zneutralizujemy skutecznie Rosję. Nie tylko Abwehra i gestapo szkoliły przyszłych dowódców ludobójców z OUN-UPA, ale także polskie służby specjalne, które robiły to w dobrej wierze. Mieli oni "odwojować" Wielką Ukrainę (Ukrainę Naddnieprzańską) z rąk Rosjan. Zakończyło się to dla nas utratą 1/3 terytorium, rzezią Polaków na Wołyniu i wypędzeniem tych, którzy mordu uniknęli. Czy jednak w nieskończoność musimy odrabiać tę samą lekcję i powtarzać te same błędy? Wydaje się, że "prometeizm" to jakaś nieuleczalna choroba politycznego umysłu, która już wiele razy doprowadziła nasz Naród do nieszczęścia...

Dziękuję za rozmowę.

"NASZ DZIENNIK" ;9-10 stycznia 2010, Nr 7