Logo Federacji Organizacji Kresowych
Logo Federacji Organizacji Kresowych
                                                                                     
Federacja Organizacji Kresowych
                                                                                     
Strona Główna              o nas              Oświadczenia               Federacja               Archiwum              Kontakt              Strony o kresach
Sprawy Ogólne                 Białoruś                 Litwa                 Ukraina
© Federacja Organizacji Kresowych
siedziba:
Krakowskie Przedmieście 64
00-322 Warszawa


I jedna myśl: „Chleba by…”

Nigdy ludzie nie zapomną o trudnych latach 1932-1933. Szczególnie ci, którzy byli bezpośrednimi świadkami i męczennikami tej tragedii. Zostało ich już jednak bardzo mało. Przecież wówczas umierały całe wioski, całe rodziny, rodzice i dzieci.

Na Żytomierszczyźnie umarła z głodu co piąta osoba. A na całej Ukrainie szacuje się, że głód pochłonął dziesięć milionów niewinnych ofiar. Od tego czasu minęło ponad 70 lat. Już nie ma zastrzeżenia „ściśle tajne” i można dowiedzieć się prawdy o przestępstwie przeciwko narodowi ukraińskiemu. Jednak nadal są ci, którzy mimo licznych potwierdzeń dokumentalnych, wyników działalności komisji międzynarodowych i świadectw osób, które przeżyły głód, udają, że nic się nie stało.

„I cóż z tego!” – usłyszała przez telefon uczestniczka wojny, weteran pracy, ofiara głodu w latach 1932-1933, samotna emerytka Franciszka Tomagaszewa, gdy poprosiła o pomoc. Jak tu nie zapłakać?

Ale dawno wylała wszystkie łzy… Dziewięcioletnia Franciszka z polskiej rodziny, których dużo było na Żytomierszczyźnie, przetrwała głód 1932-1933 na wsi Gryszkiwci rejonu berdyczowskiego. Wyraźnie pamięta, jak czerwony oddział partyjno-komsomolski odebrał im ostatnie młócone zboże. I jak razem z wiejskimi działaczami przyszedł ich krewny, wujek Toćko, żeby zabrać chleb. Dopiero upieczony chleb! Mieli go aż dziesięć bochenków – jak członków rodziny. Co prawda, zostawił im wujek siedem bochenków. Zlitował się. I tak jesienią 1932 roku zaczął się głód w tej rodzinie. Siedem bochenków chleba, nie konfiskowane ze strychu suszone żołędzie, skórki ziemniaków dla bydła, które już zabrano i skóra cielęca – taka była żywność rodziny, którą na wsi uważano za rodzinę średniobogatą, miała bowiem konia, wóz i dom ze słomianym dachem. Było trudno. Jednak jakoś do wiosny przetrwali na plackach z mielonych żołędzi i ziemniaczanych skórek. Dzieci dodatkowo dokarmiano niebieskawą zupą w szkole.

– Jednego dnia w klasie – opowiada pani Franciszka – nauczycielka pani Maria Szut czytała nam w gazecie o tym, w jakim głodzie i nędzy mieszkają ludzie za granicą, potem powiedziała zamyślona: „Dobrze by było zjeść barszcz i kaszę.

– Wczesną wiosną w 1933 tatuś zabrał mnie ze sobą do Berdyczowa, chyba żebym wóz pilnowała jak on pójdzie szukać jedzenie, – wspomina nasza rozmówczyni. Ale od razu po tym jak przyjechaliśmy ojca zabrali enkawudziści i zmusili do wywożenia trupów z miasta. Woził przez cały dzień. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam, jak ludzie pod lasem jedli zdechłego konia…

Pani Franciszka nie potrafi zapomnieć i swego spuchniętego z głodu rówieśnika. On lizał podłogę z okruchami chleba, które wysypały się z woreczka jego kolegi. A inni głodni ludzie za placek z żołędzi całowali ręce…

W 1937 roku zmarł jej ojciec na wrzody żołądka. Nie dożył do czasu represji. Kto wie, czy udałoby się mu ich uniknąć. Może zostałby zabrany do „czarnej wrony”, podobnie jak inni mieszkańcy wsi?

Dalej była wojna. I znowu to samo: „Chleba by …”

Po wojnie pani Franciszka skończyła szkołę pedagogiczną w Berdyczowie i została skierowana do pracy we wsi Wołoszki rejonu rówieńskiego (wówczas rejonu aleksandryjskiego). I znowu głód – już powojenny. Za małe wynagrodzenie nauczycielka mogła kupić sobie tylko cztery szklanki kaszy pszennej. Zbierała więc ogryzki spod ławek po lekcjach. Do dziś pamięta odpowiedź dziewczynki na egzaminie z historii w klasie czwartej: „Kołchoz jest miejscem, gdzie mieszkają ubodzy, obdarci, głodni ludzie, którzy chodzą po wsi i żebrzą”. Na tym egzaminie była obecna inspektorka z rejonu (!). Jednak nauczycielka miała szczęście – inspektorka okazała się bardzo wyrozumiała i nikomu nic nie powiedziała.

Później pani Franciszka ukończyła Rówieńską Akademię Pedagogiczną. Przez siedemnaście kolejnych lat – aż do emerytury - uczyła dzieci matematyki w technikum spółdzielczym. Na starość została sama. Mąż zmarł, a przez osłabione w dzieciństwie zdrowie ta życzliwa i dobra kobieta własnych dzieci mieć nie mogła. Zły los nie ominął jej również w starości. Znowu ta sama myśl w głowie: „Chleba by …” Samotnej kobiecie o słabym zdrowiu nie wystarcza małej emerytury na usługi komunalne, leki i skromne wyżywienie. Aby nie myśleć o głodzie zajmuje się haftem, choć ma już słaby wzrok. Pięknie haftuje!

Nasza bohaterka zawsze słucha radia nie rozumiejąc, jak można dalej nie wierzyć żyjącym świadkom, dokumentom, kronikom filmowym i wnioskom komisji międzynarodowych. I jak można dalej udawać, że dziesięć milionów ofiar głodu jest wymysłem…

Tetiana KIJAK, Równe, ; „Monitor Wołyński”